-   O d c i n e k   V   -
Dimril zerwał się łapiąc nóż. Rozejrzał się po pokoju. Był już ranek, przez okno wpadały pierwsze promienie słońca. Wyglądało na to, że pogoda się chyba poprawiła. Kiedy krasnolud pospiesznie się ubierał znowu rozległo się pukanie. Przytrzymał nogą drzwi. Znowu pukanie.
- Panie! Spisz? Ktoś do ciebie czeka na dole! - zza drzwi dobiegł głos karczmarza - Mam wygonić, czy powiedzieć żeby poczekał?
- Na Grungniego!! Niech poczeka zaraz zejdę.
Krasnolud ubrał kolczugę i cały ekwipunek. Zajęło mu to chwilę i w tym czasie zaczął zastanawiać się czy zna kogoś w tym miasteczku? Doszedł do wniosku, że nie przypomina sobie nikogo. Był tu pierwszy raz i nie pamiętał, żeby spotkał kiedyś kogoś z tych okolic.
Kiedy był już gotów zszedł na dół. Sala była pusta. Słychać było, że gospodarz robił coś w kuchni. Dopiero po chwili zauważył w rogu jakąś postać. Był to dosc dobrze zbudowany człowiek, uzbrojony w miecz. Ubrany raczej po wojskowemu w wysokie buty, płaszcz pod którym widać było koszulkę kończą. Miał na oko około trzydziestki, przez jego twarz przebiegało kilka blizn, miał krotko obcięte, ciemne włosy i brązowe oczy. Kiedy wstał okazało się, że był dość wysoki. Spojrzał na Dimrila przez chwilę i odezwał się stanowczym głosem
- Witam, nazywam się Josef Falkbruhn. Czy to ty jesteś tym krasnoludem, który przybył wczoraj do miasta?
- Tak, a kim jesteście że pytacie? - Powiedział Dimril mierzac go wzrokiem od stóp do głów
- Josef Falkbruhn, starszy sierżant w służbie jego wysokości księcia Ottona von Schattenburg. Jestem głównodowodzącym oddziału straży w tym mieście. - Odpowiedział szybko.
- Wczoraj wieczorem półorki zamordowały niedaleko stąd dwóch krasnoludów. Same również poległy. Czy wiesz cos o tym?
- A czemu to mości sierżancie uważacie, że coś o tym wiem? - Zapytał Dimril patrząc mu prosto w oczy. Sierżant wyglądał trochę na służbistę, choć z drugiej strony krasnolud zauważył, że męczy go trochę wykonywanie rozkazów, dostrzegł w jego oczach inteligentny błysk.
- Słyszałem, że przybył tu jakiś krasnolud, może znałeś tamtych dwóch? Rany na ciałach półorków były zadane toporem, a wiem że wasz lud świetnie nimi walczy. Wybaczcie szanowny krasnoludzie, ale musze nalegać abyście mi opowiedzieli co wczoraj wieczorem porabialiście.
Dimril rozejrzał się dookoła, czy ktoś się nie przysłuchuje rozmowie. Na sali nikogo poza nimi nie było.
- Tak ja zabiłem tych półorków. Siedziałem w tej gospodzie, widziałem jak ten młodszy krasnolud nerwowo rozglądał się po wspólnej izbie po czym wybiegł. Pomyślałem że to dość dziwne wiec wyszedłem za nim. Zeszło mi troszkę bo musiałem zapłacić jeszcze rachunek za jadło i napitek. Gdy wyszedłem zobaczyłem jak młody krasnolud rozmawia ze starszym. Ruszyłem w ich stronę. Zrobiłem kilka kroków gdy za nimi pojawiły się trzy postacie z toporami. Wiec krzyknąłem "uwaga", złapałem za topór i pobiegłem im z pomocą. Gdy dobiegłem stary krasnolud już nie żył. Młodszy zginął chwile później. Krasnoludy nie wyglądały na wojowników bo miały tylko sztylety. Krzyknąłem chyba jeszcze "straż". W mieście jestem od niedawna wiec wołałem się ukryć chcąc uniknąć kłopotów. I to już wszystko. A tera powiedzcie co zamierzacie sierżancie?
- Hmmm... Nie mam powodu, aby ci nie wierzyć, krasnoludzie. Bohatersko się zachowaliście, niejeden czmychnął by i zostawił tych biedaków samych sobie. No, wprawdzie tamci nie żyją, ale wiedz, że doceniam to co zrobiłeś. - Dimril wyczuł w jego słowach podziw - Jednak niepotrzebnie obawiałeś się straży, jesteśmy prawymi ludźmi i szanujemy wasz lud. Co teraz zamierzam, pytasz? Ano nie wiem, na prawdę nie wiem. Tyś jest jedynym świadkiem, a z tego co powiedziałeś naprawdę niewiele wynika. Przy ciałach krasnoludów nie znaleźliśmy niczego cennego, czemu wiec półorki ich napadły? Poza tym te stwory musiały mięć dobry powód, aby się tu znaleźć. Nie jest to dla nich zbyt bezpieczne miejsce. Dziwne to, bardzo dziwne... No, cóż jeśli ja nie mam do was już pytań i wy krasnoludzie nie chcecie już o nic mnie zapytać to będę już szedł.
- Właściwie to mam pytanie. Szukam tego miejsca - Dimril wyciągnął mapę i pokazał sierżantowi. - Nie wiecie może gdzie to jest?

-   O d c i n e k   V I  -
- Hmm... No, to jakieś góry... Taak... góry, może Góry Środkowe, nie, nie wiem. Nie znam gór, niezbyt wiele podróżowałem, nie znam tych okolic na mapie. A skąd krasnoludzie macie tą mapę? - zapytał podejrzliwym tonem.
- Właśnie w poszukiwaniu tego miejsca przybyłem w te strony. A nie znacie kogoś kto może wiedzieć gdzie leży to miejsce? - zapytał Dimril.
- Ach tak, wiec po to tu przybyliście krasnoludzie. No nie wiem czy mogę jakoś pomóc, hmm... naprawdę nie wiem. Niech no pomyślę... niech no pomyślę... - strażnik zmarszczył brwi i potarł dłonią czoło - Kto mógłby znać się na mapach...? Wiem już! Może wam pomóc pewien gnom mieszkający za miastem. To dziwak straszny, mówią na niego Maly Ghall, ale jeśli coś od niego chcesz lepiej tak się do niego nie zwracaj. Mieszka na Trollowych Błotach, to takie bagna trzy godziny drogi stąd na południowy wschód. Uważaj, to nie są bezpieczne tereny. Ludzie mówią, że zło tam siedzi. Maly Ghall był kiedyś uczonym w Middenheimie, powiadają, że był magiem. Nie wiem czemu teraz mieszka na tych przeklętych bagnach, może lepiej nie wiedzieć... No, w każdym razie jeśli ktoś ci może pomóc, to myślę, że to właśnie będzie on. Wiesz, tu, w naszym mieście nie potrzebujemy mędrców, prowadzimy proste życie, nikt specjalnie daleko nie podróżuje, niebezpieczne teraz mamy czasy. Zresztą komu ja to mowie, sam wiesz najlepiej.
- Dziękuje za wiadomość. Wybiorę się do gnoma na pewno. Do widzenia sierżancie. - podziękował Dimril. Strażnik skinął tylko głową i wyszedł. Krasnolud zamówił śniadanie, kupił racje podróżne na trzy dni oraz ziele fajkowe, którym akurat karczmarz handlował, a którego brak doskwierał Dimrilowi od pewnego czasu.
Po posiłku krasnolud opuścił karczmę i skierował się w kierunku bramy miasta. Pogoda była całkiem ładna, świeciło słońce i było dość ciepło, ale wiał niestety silny, północny wiatr. Kiedy Dimril szedł ulicami zauważył, że miasteczko nieco ożyło, swoje stragany wystawili miejscowi sprzedawcy i przejezdni kupcy oferując rożne towary. Na niewielkim placyku bawiły się dzieci, jakaś gruba kobieta wieszała pranie, ktoś przejechał dwukółka zaprzęgniętą w osła.
Gdy Dimril był już niedaleko bramy, zauważył przy niej dwóch strażników miejskich, którzy obserwowali dokładnie wychodzących i wchodzących. Zajrzeli właśnie do jakiegoś niewielkiego wozu. Kiedy krasnolud przybywał do miasta widział tu jedynie śpiącego strażnika. Strażnicy właśnie przestali oglądać wnętrze wozu i dostrzegli Dimrila, wymienili miedzy sobą ciche uwagi, Dimril był pewien, że na jego temat.
- Na Grungniego, czego jeszcze chcą? - wymamrotał pod nosem. Nie zwalniając kroku, krasnolud śmiało szedł w stronę bramy.
Strażnicy ucięli rozmowę i odprowadzili Dimrila wzrokiem za bramę. Szedł chwile droga na wschód, ale ta niebawem lekko skręciła i skierowała się na północny wschód. Krasnolud podążał nią jeszcze kilkadziesiąt metrów i zauważył niewielka ścieżynkę skręcającą pod katem prostym w las. Ścieżka prowadziła prosto na południowy wschód, wiec dokładnie tak jak chciał Dimril. Po niecałej godzinie marszu teren obniżył się nieco, ścieżynka zaczęła ginąć w krzakach i gęstej, dość wysokiej trawie. Krasnolud utrzymywał kierunek marszu, coraz bardziej na wyczucie.
Zrobiło się wilgotno, pojawiła się wysoka na metr trawa i dość gęste kępy krzaków. Dimril pokonał jeszcze kilkanaście kroków i zauważył wódę. Szybko znalazł suchsze miejsce. Wprawdzie woda nie wyglądał na głęboką, a grube buty raczej nie przesiąkłyby łatwo, ale Dimril wolał nie łazić po bagnie. - Nigdy nie wiadomo co tam siedzi - pomyślał. Posuwał się do przodu przeskakując z jednej kępy na druga. Nagle, wśród świergotu ptaków usłyszał z prawej strony jakiś głośny trzask i plusk. Zaraz odgłos powtórzył się. Jakieś ciężkie, powolne kroki. Słyszał jak coś niespiesznie przesuwało się przez trawy. Wydawało mu się, że to jest bardzo blisko. Nie widział jeszcze tego czegoś, tylko słyszał.

-   O d c i n e k   V I I  -
Dimril rozejrzał się szybko w poszukiwaniu kryjówki. Dostrzegł duża kępę trawy, idealną, aby się w niej ukryć. Przykucnął w niej obserwując co takiego nadchodzi. Ściągnął z pleców tarczę i chwycił mocniej toporek. Odgłosy stawały się coraz głośniejsze, krasnolud doszedł do wniosku, że słyszy dwie pary nóg. Po chwili ujrzał już zarys sylwetki - Spore bydle -pomyślał sobie. Za moment wiedział już co takiego narobiło mu stracha. Zobaczył poczciwy pysk łosia, który porozglądał się chwilę, odwrócił się i powolnym krokiem odszedł w swoja stronę.
Na Grungniego robię się strasznie nerwowy. - Założył tarczę z powrotem na plecy. Rozejrzał się i ruszył w dalsza drogę.
Wściekły na samego siebie za to, ze dał się tak głupio nastraszyć Dimril szedł dalej przez bagna. Momentami woda sięgała mu do kolan, ale generalnie zwykle udawało mu się znaleźć jakieś suchsze miejsca.
- Na Młot Grungniego, gdzie ten gnom mieszka? Nie mógł sobie znaleźć suchszego i mniej śmierdzącego miejsca? - Zapytał sam siebie w myślach. Przemyślenia na temat miejsca osiedlenia się gnoma przerwał mu głośny plusk z lewej strony. Znowu słychać było ciężkie kroki i odgłos rozbryzgującego się błota.
Równie szybko jak ostatnio krasnolud znalazł kryjówkę, tym razem był nią przewrócony pień drzewa. Kroki się zbliżały. Znowu przez wysokie trawy i młode drzewa przedzierało się jakieś duże cielsko.
- Ile tu jest łosi na tych bagnach? - pomyślał. Zerknął zza pnia i zobaczył, ze to nie łoś! Zza krzewów wyglądał olbrzymi łeb, prawie tak wielki jak caly krasnolud. Wielką, brązowo - zieloną gębę pokrywajły zgrubienia, wielkie, czerwone ślepia przeczesywały okolice. Z pyska wystawało kilka żółtych wielkich kłów.
- To troll, na Grungniego, nie na darmo nazwali te bagna Trollowymi Błotami !!!
Bestia sapnęła kilka razy wciągając głęboko powietrze w nozdrza i rozglądając się po okolicy.
Dimril Przycupnął i starał się siedzieć bardzo, bardzo cichutko. Ścisnął mocno w garści toporek. Usłyszał jak troll podszedł bliżej niego ciągle węsząc. Scisnął topór jeszcze mocniej. Troll podszedł jeszcze bliżej, czuć już było wyraźnie jego smród. Dimril był pewien, że zaraz go wyczuje, albo zobaczy. Nagle usłyszał odgłos pękającej gałęzi i głośny krzyk:
- AAAAGGGhhhhhh!!!!
Troll szybko odwrócił się i pobiegł w kierunku, z którego słychać było odgłosy. Teraz do uszu krasnoluda dobiegło kilka głosów, poznał, ze to orki. Nie wiedział ilu ich jest, ale to chyba jakąś większa grupa. Dimril ocenił, że zielonoskórzy byli około 150 metrów od niego. Troll podążył w ich kierunku.


-   O d c i n e k   V I I I  -
Na Grungniego, skad tu tyle tych zielonosjorych? - pomyślał i ruszył okrężna drogą bardzo uważnie rozglądając się na boki, aby nie wpaść na orki. Oddalając się słyszał odgłosy walki grupy orków z trollem. Działo się to jednak na tyle daleko, ze nie był w stanie dostrzec przebiegu bitwy.
Po jakimś czasie wyczuł dym, a po kilkunastu korkach wiedział już skąd się wydobywał. Na niewielkim wzniesieniu ponad bagnami rósł olbrzymi dąb, był tak stary, że pewnie pamiętał czasy gdy ludzi jeszcze nie było w Starym Świecie. Był naprawdę olbrzymi. Pod wystającymi ponad poziom gruntu korzeniami widać było niewielkie drzwiczki, malutkie okienko, a nieopodal miał swoje ujście komin. To właśnie z niego wydobywał się intensywnie pachnący, słodkawy dym.
- Dziwna nora jak na gnoma, ale to w końcu dziwny gnom...- pomyślał Dimril
Zbliżył się do tego dziwnego domu powoli i ostrożnie.
- Może to dom gnoma, a może nie. - mruknął pod nosem. Gdy był bliżej usłyszał ze środka coś jakby śpiew. Przysłuchał się chwile i był pewien, że to męski głos, śpiewał coś w nieznanym krasnoludowi języku.
- Hmm hmm dzień dobry - powiedział glosno Głośno Dimril i czekał przed domem aż ktoś z niego wyjdzie.
Pieśń na momencik ucichła, ale zaraz potem znowu słychać było śpiewy. Najwyraźniej mieszkaniec domku uznał, że cos mu się zdawało. Dimril podszedł bliżej, zastukał w drzwi i powtórzył jeszcze głośniej. - Dzień dobry!
Śpiew ucichł i z wewnątrz usłyszał głos:
- Kto tam? Kto taam?
- Dzień dobry, nazywam się Dimril i przychodzę do pana w pewnej sprawie!
Drzwiczki otworzyły się, przed krasnoludem stanął niższy od niego o pół głowy gnom. Ubrany był w jakieś stare, połatane szaty, miał dość długie, potargane włosy, a w ręku trzymał niewielki garnuszek z parującą zupa. Wyglądał dziwnie.
- Dzień dobry, dzień doobry.


-   O d c i n e k   I X  -
- W jakiej sprawie? - zapytał gnom, cały czas stojąc w drzwiach i trzymając rondelek.
- Przysłano mnie do Ciebie zacny gnomie z miasteczka leżącego około 3 godziny stąd, dowiedziałem się tam jakobyś był jedyną osobą, która może mi pomóc. Czy możesz poświęcić mi trochę swojego czasu i odpowiedzieć na moje pytania?
- Aaach, oczywiście, oczywiście. Mogę, moogę. Myślałem, że to znowu jakieś orki, orkii. Jakoś dużo ich tu znowu, no tak, ale one nie pukają, nie pukaaja... Wejdź proszę ...proszee...
Odsunął się nieco i zaprosił Dimrila ruchem wolnej ręki do środka. "Domek" był cały zagracony, pełno w nim było brudnych misek, ubrań, ksiąg, magicznych przyrządów. Stał tam stół, kilka krzeseł, dwa regały, jakaś skrzynia. W jednym z rogów było palenisko. W środku było dość ciemno, panował tam zaduch.
Dimril wszedł do środka rozglądając się uważnie. Starał się nie potrącić niczego i niczego nie przewrócić. - Co on mówił że orki do niego zaglądają? Nie ważne i tak muszę się czegoś dowiedzieć. - pomyślał.
- Siadaj sobie, siadaj. - Gnom wskazał ręką wolne krzesło i odstawił garnuszek z zupa na stole.
- No wiec w jakiej sprawie przychodzisz? Co? W jakiej? - zapytał poruszając intensywnie brwiami. - Och, och, ależ ze mnie głupiec. Czy może chcesz zupy? Dobra, dobra, zupa, sam robię, widzisz, w tych okolicach trudno o służbę. O! A może ty przychodzisz w tej sprawie? Chcesz się u mnie zatrudnić? Posprzątasz czasem, ugotujesz coś. Umiesz gotować chyba prawda? Umiesz co? No, skoro chcesz zostać służącym to na pewno umiesz gotować, tak umiesz na pewno! - Nalał do miseczki zupy i postawił ją przed krasnoludem, zupa wyglądała dziwnie, ale pachniała nawet apetycznie.
- Jedz, jedz, bardzo dobra zupa, jedz. Powiedz mi teraz ile mam ci płacić? - siadł przy stole i czekał na odpowiedz. Wyglądało na to, ze Dimril wreszcie będzie mógł dojść do słowa. Uśmiechnął się więc szeroko. Sprawdził jak smakuje zupa. Okazała się całkiem smaczna, może nie pyszna, ale do zjedzenia się jak najbardziej nadawała.
- Nie przyszedłem żeby się nająć do służby, przyszedłem po poradę.
Dimril wyciągnął mapę i pokazał ją gnomowi - Nie wiesz może gdzie to jest?
Gnom obejrzał mapę, zmarszczył czoło, pogładził się po głowie, poobracał mapę we wszystkie strony i głośno stęknął.
- Taaak, tak, wiem gdzie to jest. Wieem - odłożył mapę - I jak ci zupka smakuje? Ty pewnie potrafisz lepsza ugotować nie? Wy halflingi świetnie gotujecie prawda?


C. D. N.
(c) 2001, 2002 by coatFreak