-   O d c i n e k   I   -
- No, nareszcie. Ileż się można włóczyć po tym przeklętym lesie jak jakiś długouchy elf. - Pomyślał Dimril widząc niską palisadę i kilka stróżek dymu na niewielkim wzgórzu. Przyspieszył kroku, gdyż robiło się późno, a pogoda nie zapowiadała się najlepiej. O tej porze roku noc lepiej spędzić w jakiejś ciepłej gospodzie, a nie pod gołym niebem, tym bardziej, że zbierające się coraz ciemniejsze chmury zapowiadały rychłą przemianę siąpiącego deszczyku w potężną ulewę. Krasnolud wolał uniknąć przemoknięcia.
Szybko przeszedł koło drewnianego drogowskazu tylko rzucając na niego okiem. - Kliengdorf. Mam nadzieję, że dają tu jakieś piwo... - mruknął pod nosem. Po kilku minutach Dimril przekroczył bramę, która na całe szczęście była jeszcze otwarta. Dwaj senni strażnicy nawet nie zwrócili na niego uwagi. Znalazł się na dość szerokiej ulicy, wokół której wyrosło kilkadziesiąt mizernie wyglądających domostw. Już po kilku krokach wiedział, że trafił do jednego z tych sennych małych miasteczek, gdzie nawet przybycie samego Karla Franza nie wybiłoby mieszkańców ze stałego rytmu życia. Ulica nie okazała się długa i już po chwili krasnolud stał na niewielkim placu, który jak się domyślał stanowił centralny punkt miasta. Zatrzymał się i rozejrzał. Kilku przechodniów zniknęło w bramie po przeciwnej stronie, jakiś pies obsikał stojącą nieopodal pustą beczkę. Wokół placu było kilka małych sklepików i zakładów rzemieślniczych. Zaczęło robić się ciemno i coraz bardziej zimno, Dimril pomyślał, że przydałaby się jakaś gospoda. Choć utracił już nadzieje na dobre piwo, to chciał choć sprawdzić co tutejsi ludzie pijają. Przeklął swoje oczy, gdy zauważył, że od kilku chwil stoi pod sporym, blaszanym szyldem z napisem "Pod Śniętym Bawołem" i kuflem piwa wymalowanym pod spodem. Nie myśląc więcej szybko otworzył drzwi i wszedł do środka.
Jak szybko ocenił Dimril gospoda nie była duża. Przy jednym ze stołów, na którym stało kilka dzbanów piwa, siedziała grupka dość głośno zachowujących się mężczyzn, w których krasnolud szybko rozpoznał najemnych robotników. Od stołu obok właśnie wstał młody, dość dobrze ubrany halfling i zaraz po zostawieniu na stole kilku monet skierował się szybko do wyjścia. W rogu, przy małym stoliku właśnie zasiadło dwóch ludzi, wyglądających na kupców.
- Nawet nie ma do kogo się przysiąść i pogadać - pomyślał Dimril i usiadł przy niedużym, samotnym stole przy oknie. Wyciągnął z tobołka fajkę i trochę ziela. Chwilę potem do stolika przy którym siedział krasnolud podszedł niewysoki, pucołowaty człowiek.
- Witam szanownego pana w naszych skromnych progach. Co podać? - zapytał zaskakująco niskim głosem.
- Hmm... - krasnolud zmierzył wzrokiem gospodarza - Widzę, że dajecie tu piwo, więc przynieście mi duży kufel i jakieś dobre jadło, jeśli coś takiego tu macie.
- Oczywiście, zaraz przyniosę - powiedział karczmarz i oddalił się, gdy tymczasem Dimril oddał się nabijaniu fajki. Nie zdążył jej jeszcze zapalić kiedy na stole pojawił się spory dzban piwa i duża miska kaszy polanej przepięknie pachnącym sosem, a na niej duży kawałek mięsiwa. Krasnolud doszedł do wniosku, że trafił do nie tak złego miejsca jak myślał. Odłożywszy na razie fajkę na bok zajął się posiłkiem. W karczmie zrobiło się jakby trochę ciszej i jaśniej, za oknem całkiem się ściemniło. Krasnolud podpalił nareszcie fajkę, rozsiadł się wygodnie i pogrążył w rozmyślaniach o jutrzejszej pogodzie i o tym, że niestety kończy się złoto, którym można płacić za jedzenie i piwo. Trzeba by poszukać jakiegoś zajęcia, tylko gdzie? W tej mieścinie? Dimril rozejrzał się jeszcze raz po karczmie, przesunął wzrokiem po wszystkich gościach. Zatrzymał się na wyglądających na kupców ludziach, których początkowo zlekceważył, gdy wszedł do gospody. Przysunął się w ich stronę i zaczął przysłuchiwać się ich rozmowie. Z tego co krasnolud zdołał usłyszeć wynikało, że są kłopoty z orkami, które ostatnio częściej niż kiedyś napadają na karawany. W momencie gdy rozmowa zrobiła się interesująca do środka karczmy wpadło chłodne powietrze.
Dimril spojrzał w kierunku wejścia. W drzwiach stał młody krasnolud, na oko ze dwadzieścia parę lat młodszy od Dimrila. Nieco niższy i szczuplejszy, odziany w nowe ubranie, z przewieszoną przez ramię torbą, którą dodatkowo trzymał tak mocno, ze niemal mu kłykcie zbielały. Na jego twarzy widać było zmieszanie, czy może strach. Na wpół przytomnym wzrokiem rozglądnął się po sali, zamknął z trzaśnięciem drzwi i bardzo szybkim krokiem skierował się w stronę wolnego stolika. Szybko usiadł nie puszczając ani na chwile torby i zamówił głośno grzane piwo. Gdy karczmarz odszedł nowy gość rozglądał się dookoła. Dimril zauważył, ze usiadł tak aby widzieć całą sale i mięć widok przez okno na to, co się dzieje na zewnątrz. Karczmarz przyniósł mu grzańca.
Dimril postanowił przyjrzeć się nieco dziwnemu gościowi. Młody krasnolud był bardziej zainteresowany tym co dzieje się na zewnątrz niż ludźmi w środku karczmy czy nawet swoim własnym kuflem. Pił wprawdzie grzane piwo, ale ani razu nie zerknął nawet do kufla. Dimril dopił, wstał i ruszył w jego stronę.
- Witaj. Czy cos nie w porządku? Czy coś Ci grozi? - zapytał Dimril w khazalidzie - Wyglądasz na zdenerwowanego.
- Nie, nie. Wszystko dobrze.... taak, wszystko w porządku - odpowiedział przytulając mocno torbę do siebie. Dimril usiadł koło wyraźnie zmieszanego krasnoluda, ale ten nie zwrócił specjalnie na to uwagi. Dalej pił piwo patrząc za okno.
- Czy zamawiacie coś jeszcze czy płacicie? - zapytał karczmarz, który przez ten czas zdążył podejść do stołu, przy którym siedzieli dwaj krasnoludowie.
- Jeszcze cos do picia dla mnie i dla mojego kompana - bez wahania odparł Dimril. Kramarz skinieniem głowy dał ci znać, że przyjął zamówienie i po chwili przyniósł dwa duże kufle piwa. Małomówny towarzysz Dimrila właśnie skończył grzańca i z chęcią przyjął kolejne piwo.
- Dzięki - rzucił pod nosem.
- Nie musisz się mnie obawiać przyjacielu, jeżeli coś ci grozi to powiedz, ja umiem rozwiązywać takie problemy. Poza tym jesteśmy Krasnoludami i musimy sobie pomagać w tym "ludzkim świecie" - pocieszał Dimril nowego kompana przyglądając mu się uważnie i od czasu do czasu zerkając za okno. Młodszy krasnolud tylko ciężko wzdychał w odpowiedzi. Nagle wstał. Dimril szybko rzucił okiem na niego i na zewnątrz. Nikogo tam jednak nie dostrzegł. Zdenerwowany krasnolud wyciągnął z kieszeni szybkim ruchem złotą koronę i rzucił ją na stół.
- Musze już iść, przepraszam. - powiedział i dorzucił jeszcze w pośpiechu - Dzięki! - Przycisnął do siebie torbę i skierował się szybkim krokiem w stronę wyjścia.

-   O d c i n e k   I I   -
Dimrilowi zabrało trochę czasu pozbieranie swoich gratów i dopłacenie dziesięciu szylingów karczmarzowi, których ten domagał się głośno. Krasnolud wypadł z gospody rozglądając się za towarzyszem. W pierwszym momencie nie dostrzegł nikogo. Dopiero po chwili wypatrzył na końcu wąskiej uliczki dwie postacie stojące około 150 kroków od niego. Mimo wrodzonego daru widzenia w ciemnościach mrok i deszcz sprawiły, że Dimril widział jedynie ich kontury. W jednej z postaci rozpoznał od razu młodszego krasnoluda z którym jeszcze chwilę temu starał się nawiązać rozmowę. Druga osoba również była krasnoludem, jednak miała dłuższa brodę i była nieco przygarbiona. Obaj Najwyraźniej rozmawiali ze sobą i to dość nerwowo, co łatwo było poznać po energicznej gestykulacji. Dimril Nie słyszał ani słowa.
- Chyba mnie nie zauważyli - pomyślał Dimril Dragerssen i podążył ostrożnie w ich kierunku. Jego buty cicho chlapały w niewielkich kałużach. Krasnoludowie dalej rozmawiali i nawet potknięcie się Dimrila o wystający kamień nie zwróciło ich uwagi.
Zza rogu za rozmawiającymi postaciami, wyłoniły się trzy sporej wielkości postacie, nieco większe od normalnego człowieka, ubrane w czarne, długie płaszcze z kapturami i trzymające w rękach duże topory. Skierowały się w stronę Krasnoludów, które zaaferowane rozmowa najwyraźniej ich nie zauważyły.
Dimril jednym ruchem wyciągnął topór, drugim założył na lewa rękę tarcze i ruszył biegiem w stronę krasnoludów.
- Uważajcie!!! - krzyknął ile sił w płucach.
W momencie, gdy krasnoludy odwróciły głowy w stronę biegnącego Dimrila spadły na nich pierwsze ciosy. Młodszy krasnolud dostał w bark, starszego ostrze cudem ominęło, ledwie lekko drasnęło w ramię. Czarne postacie zaskoczyły ich. Dimril pognał ile sił w nogach. Krasnoludy gdy tylko zorientowały się co się dzieje natychmiast wyciągnęły sztylety i podjęły nierówną walkę. Topory napastników świstały w powietrzu uderzając kilka razy obu krasnoludów, którzy starali się odpowiadać szybkimi pchnięciami. Gdy Dimrila od walczących dzieliło zaledwie kilka kroków starszy krasnolud padł na bruk z rozłupaną czaszką powalony potężnym ciosem.
Dimril Dragerssen stanął obok rannego w lewy brak młodego krasnoluda i natychmiast przyjął odpowiednią postawę bojowa. Wyprowadził pierwszy atak trafiając toporem prosto w klatkę piersiowa wroga, jednak poczuł, że cios ześlizgnął się po twardych kościach przeciwnika nie zadając zbyt głębokiej rany. Młody krasnolud również zaatakował, jednak chybił o kilkanaście centymetrów odsłaniając się przy tym całkowicie. Dimril szybko zaatakował po raz kolejny. Tym razem krasnoludzka stal zagłębiła się w głowie przeciwnika na tyle mocno, że topór zapadł się głęboko w czaszce wroga obryzgując wszystkich krwią i fragmentami mózgu.
- Straże, straże !!!! - krzyknął Dimril w momencie, gdy przeciwnik stojący bliżej wziął potężny zamach i ostrze jego topora poleciało w kierunku brzucha krasnoluda. Próba uniku nic nie dała, ale na szczęście cios udało się częściowo wyparować tarczą. Tępy ból kilka centymetrów pod żebrami ostatecznie nie był taki straszny jak się Dimril spodziewał. Kontem oka dostrzegł, że drugi napastnik uderzył toporem w kark młodego krasnoluda, który padł na ziemię. Widząc to z gardła Dimrila sam wyrywał się bojowy okrzyk - Na Grungniego! Zdychać psy! - po czym jednym silnym ciosem okrutnie zranił w ramie przeciwnika, a następnie zadał cios w głowę drugiego. Jeden z wrogów raniony w ramie chwieje się jeszcze chwile, ale za moment upada, a z jego rany natychmiast wylewa się kałuża krwi. Rana w głowie drugiego przeciwnika okazuje się jednak zbyt słaba aby go powalić i Dimril dostrzegł kątem oka mijający go o grubość palca topór. Długo nie myśląc krasnolud odpowiedział ciosem strasznie chybiając. Chciał natychmiast poprawić haniebny błąd i ponownie uderzył, ale i tym razem nie sięgnał celu. Kolejny cios wroga minął ucho krasnoluda. Takiej okazji Dimril nie mógł przegapić. Wykorzystał chwile, gdy przeciwnik stracił koncentracje oraz równowagę i uderzył go z całej siły w zakapturzoną w głowę. Broń z trzaskiem przebiła czaszkę.
Krasnolud rozejrzał się dookoła dysząc ciężko - na polu walki żywy został tylko on...

-   O d c i n e k   I I I   -
Teraz Dimril był już pewien, że żaden z krasnoludów nie był wojownikiem, za słabo walczyli, nie mieli przy sobie żadnej porządnej broni. Biedacy. Cóż, nie było czasu na takie rozmyślania. Szybkim ruchem sięgnął do torby młodszego krasnoluda. Z wyjątkiem jakiegoś niewielkiego zwoju, który szybko schował do plecaka, Dimril nic w niej nie znalazł. Do uszu Krasnoluda dobiegły odgłosy kroków i skrzypnięcia otwieranych okiennic. Rozejrzał się odruchowo za jakąś kryjówką. Obok, przy zamkniętym sklepie stała sterta skrzyń. Nie wyglądała na najlepsza kryjówkę, ale krasnolud nic lepszego nie widział. Zanim podbiegł do skrzyń, rzucił jeszcze okiem na truchła niedawnych przeciwników. Przypominali Dimrilowi orki, ale byli zbyt podobni do ludzi. Szybko odwrócił wzrok i schował się za skrzyniami. Przykucnął i nasłuchiwał Słychać było zbliżające się kroki. Spojrzał ostrożnie w górę i katem oka zobaczył ludzi wychylających się z okien. Wcisnął się mocno w kąt.

- Zaraz mnie tu odkryją, a nie mam teraz ochoty na tłumaczenie się przed strażami - pomyślał i zaczął się rozglądać w poszukiwaniu lepszej kryjówki. Obok, przy samej ziemi dostrzegł niewielkie piwniczne okienko. Dimril ocenił, że przecisnąłby się przez nie, gdyby nie umieszczony na samym środku pionowy, żelazny pręt. Odgłosy kroków zbliżały się szybko.

- Na Grungniego - mruknął cicho pod nosem i sprawdził czy krata siedzi mocno i czy nie dało by się jej wyłamać. Szarpnął kilka razy mocno prętem i po chwili droga do piwnicy stała przed nim otworem. Starał się cicho i szybko zarazem przecisnąć przez niewielkie okienko, co ku jego zdumieniu wyszło mu nadzwyczaj dobrze. Po kilku sekundach był już w piwnicy. Szybko rozejrzał się dookoła. Pomieszczenie nie było duże. Po prawej stronie pod ściana stały dwie duże beczki, po lewej regał z pustymi butelkami i niewielki kufer. Wszystko pokrywała bardzo gruba warstwa kurzu. Na przeciwko były krótkie schodki, a zaraz za nimi solidne, okute drzwi. Dimril stanął pod okienkiem i zaczął przysłuchiwać się temu, co działo się na zewnątrz. Do jego uszu dochodziły jedynie przytłumione dźwięki. Domyślił się obecności kilku strażników miejskich, którzy prawdopodobnie oglądali ciała. Ludzie przez okna pytali się ich co się stało. Po mniej więcej kwadransie gwar ucichł. Dimrilowi wydawało się że strażnicy zabrali zwłoki i odeszli, a ludzie wrócili do swoich wieczornych zajęć. Gdy krasnoluda opuściły emocje przypomniał sobie o ciosie, który dostał w brzuch. Ból był słaby, ale dokuczliwy.

-   O d c i n e k   I V   -
Dimril doszedł do wniosku, że raną zajmie się w gospodzie. Po odczekaniu kilku minut postanowił wyjść z piwnicy. Przysunął sobie skrzynie, które okazały się dość lekkie i po nich wdrapał się z powrotem na góre, na ulicę. Tym razem nie poszło mu to tak łatwo jak ostatnio i narobił nieco rabanu, kiedy na chwile zablokował się w małym, piwnicznym okienku. Kiedy już się oswobodził elegancko wpasował pręt na swoje miejsce. Ostrożnie wyjrzał zza skrzyn. Na ulicy nikogo nie było. Okolica wyglądała na pustą.
Krasnolud ostrożnie skradał się w stronę gospody, dookoła było prawie zupełnie cicho, jakby całe miasteczko już spało. Gdy dotarł wreszcie na miejsce zerknął przez małe, brudne okienko do środka. Wprawdzie Dimril nie mógł stąd dostrzec całej sali, ale wydawało mu się, że poza wycierajacym ławy i stoły karczmarzem nie ma już w środku nikogo.
- Bujne mają tu życie nocne, co za nudna dziura - pomyślał Dimril, ale zaraz się poprawił - Taaa, nudna... jeśli co wieczór są tu takie zadymy na ulicach, to nie wiem czy w Górach Krańca Świata nie jest bezpieczniej... - Usmiechnął się do siebie i wszedł do gospody.
- Wolne pokoje macie karczmarzu, najlepiej jedno lub dwuosobowe?
- Ano mam, tylko najmniejsze to u nas na cztery osoby. Ale nie martwcie się, mój drogi, nie ma teraz żadnych gosci. - odparł zadowolony karczmarz - Dziesięć szylingów ci policzę, bo dobrze ci z twarzy jak na nasze cieżkie czasy patrzy.
- Dobra, niech będzie, ale jeśli łaska to dajcie mi jeszcze miske ciepłej wody i jakis czyste szmaty dobry gospodarzu.
- A, tak. Tak. Idźcie panie już do pokoju, po schodach i pierwsze drzwi w prawo. Ja zaraz przyniosę co trzeba.
Krasnolud udał się do pokoju, wskazaną przez gospodarza drogą. Gospoda była dość spora, pokoi było dużo, ale Dimril stwierdził, że chyba czasy świetności miała już za soba. Wyglądało na to, że krasnolud był jedynym gościem.
Pokój okazał się niewielki, ale schludny. Stały w nim cztery łóżka, niewielka szafka, miska, wiadro i lampa na oliwe. Dimril zapalił lampę, rozświetlając nieco półmrok. Chwile później przyszedł karczmarz z miską, wiadrem zimnej wody, którą przelał od razu do wiadra stojącego w rogu pokoju, duży dzban wrzątku i kilka czystych kawałkow tkaniny. Kiedy gospodarz wyszedł Dirmril zaryglował drzwi. Zdjął z siebie ubranie i zbroje, po czym zaczął oglądać swój brzuch. Okazało się, że cios wyrzadził mniejsze szkody niż się krasnoludowi wydawało. Na wysokości pepka, po prowej stronie miał poteżnego siniaka i niewielką ranę, a raczej peknięcie skóry. Na wszelki wypadek przemył to miejsce ciepłą wodą, ale doszedł do wniosku, że nie musi zakładać żadnego opatrunku, samo się zagoi.
Następnie Dimril rozwinął zwój. Okazało się, że jest to mapa przedstawiająca, jakiś górzysty fragment terenu, w centralnym jej miejscu narysowane zostały dwie, połączone przełęczą doliny. W jednej z nich zaznaczona została wioska i kopalnia, a w drugiej jezioro, po którego drugiej stronie naniesiono duży, czerwony znak "X". Dimril przez jakiś czas zastanawiał się jaki region mogła przedstawiać owa mapa, lecz nie przypomniał sobie aby odwiedzał kiedyś podobne miejsce.
- Hmm, na Grungniego co to może być, - zastanowił się krasnolud - ciekawe czemu aż dwóch krasnoludów poległo w obronie tej mapy? Może coś tu jeszcze jest?
Dokładne przeszukanie paczki i oględziny mapy, nie przyniosły żadnych rezultatów. Mapa wyglądała na dość starą, w dodatku wykonana została jakby w pośpiechu. Dimrilowi wydawało się, że osobie, która ją rysowała spieszyło się, albo nie zależało jej na jakości. Czerwony krzyżyk i przerywana linia zostały dorysowane dość niestarannie.
Dimril umył się, wbił nóż w oparcie łóżka i położył się spać. Okno było zamknięte, ale zasypiając krasnolud słyszał wycie wilków, gdzieś daleko za miastem. Czuł, że obudzi się już w troche innym, bardziej niebezpiecznym i tajemniczym świecie. Świecie pełnym pytań, ale czy pełnym odpowiedzi? Zmęczony zapadł w głeboki, zasłużony sen.
Rano zbudziło go pukanie do drzwi...

(c) 2001, 2002 by coatFreak