Zemsta II


[Tekst ten popełniłem za zgodą autorki opowiadania "zemsta" za co bardzo jej dziękuje :) ]


Zenek leżał pod zlewem, krew z jego stłuczonego kolana mieszała się z brudną wodą po wczorajszej kąpieli. Do teraz nie mógł dojść dlaczego to wredne babsko cały czas go leje. Rozwiódł się z Ewą już prawie rok temu, jej matka jednak w dalszym ciągu wpadała do jego mieszkania jak błyskawica i tłukła go na kwaśne jabłko. Już kilka razy zmienił zamki, ona dalej dostawała się tu po cichu i bez problemu. Nie ważne czy w dzień, w nocy, w święta czy dni powszednie, zawsze jednak wtedy gdy Zenek się tego nie spodziewał, mimo że starał się być przygotowany zawsze i w każdej sytuacji. Tym razem prawie udało mu się wyskoczyć przez okno, mimo że to było drugie piętro wiedział że i tak będzie boleć mniej. Już miał głowę na zewnątrz, już czuł delikatny powiew na twarzy, jej ręka była jednak zbyt szybka. Jak atakujący wąż przedramię owinęło się wokół jego szyi i pociągnęło w tył. Później ciemność spadła na niego jak zerwana kurtyna w starym teatrze. To porównanie nie było od końca abstrakcyjne, Zoofilia, jego była teściowa, dopadła go kiedyś w starym opuszczonym teatrze. Mniej więcej od tego czasu nauczył się szybko tracić przytomność, nie za szybko jednak, wtedy bowiem to wredne babsko cuciło go i zaczynało od nowa.
Obudził go Krzychu, jego sąsiad i przyjaciel jeszcze z zawodówki. Przyszedł, oblał go zimną wodą i bez słowa poszedł do pokoju, nie było tu bowiem potrzeba żadnych słów, sytuacja była jasna, Zenek już dawno opowiedział wszystko Krzychowi, sąsiad obiecał że coś z tym zrobi. Ranny i obolały zaczął się powoli podnosić, z pokoju dochodziły jakieś trzaski i stukoty. Po chwili Zenek słaniając się dotarł tam i oparł się o framugę. Krzychu stał na środku pokoju, miał na głowie czapkę czołgistów z czasów wojny która kilka lat temu ukradli z Muzeum Kinematografii z wystawy czterech pancernych. W ręce trzymał złamaną sztachetę, pamiątkę z wyprawy do Cycowa.
Zenek spojrzał na niego pytająco, przyjaciel uśmiechnął się ponuro:
- Mam jej adres, dzisiaj z tym kończymy.
Na te słowa w pobitego wstąpiła jakby nowa energia. Wyprostował się i uśmiechnął paskudnie. Jego wzrok wędrował chwilę po pokoju, zatrzymał się na stojącej koło pieca siekierze i powoli pieścił ją i muskał delikatnie swym spojrzeniem. Krzychu spojrzał w tamtą stronę, chwile późnij ich spojrzenia spotkały się.
- Dobrze - sąsiad z przyzwoleniem pokiwał głową - ale pamiętaj o jednym... obuchem.

Ciemność powoli okrywała przedmieścia, małe jednorodzinne domki okryte kołdrą mroku powoli zasypiały, nie wiedząc jeszcze że dzisiejsza nocna cisza zostanie rozdarta siekierą Zenka i ogłuszona sztachetą Krzycha. Dwaj przyszli sprawcy leżeli na małych żółtych kwiatkach których nazwy nie mogli zidentyfikować, sama nazwa i tak nie powiedziałaby im że to właśnie dzięki nim ogródek dostał się do jutrzejszego finału stołecznego konkursu "Spraw by nasze otoczenie stało się piękne", teraz jednak nie było to już takie ważne. Gdy odgłos ciężkich butów wdarł się w ciszę Krzychu kończył właśnie pić piwo w którym wcześniej przez pomyłkę zgasił papierosa marki "Fajrant", o dziwo piwo zaczęło smakować lepiej. Zenek błyskawicznie przyjął pozycję młodego przygotowanego do ataku tygrysa, tak przynajmniej mówili na Animal Planet. Wielki cień Zoofilii przepłynął przez nich i wydłużył się niebezpiecznie, bez żadnego sygnału obaj skoczyli, prawdopodobnie dlatego że ten cień wyglądał jeszcze bardziej niebezpiecznie niż sama ofiara ataku. Skok był błyskawiczny, Zenek prawie rozmył się w powietrzu a ostrze uniesionej siekiery zostawiło metrową prawie smugę za swym właścicielem. Teściowa jednak nie dała się zaskoczyć, zanim ktokolwiek zdążył by mrugnąć jej ciężka wzmacniana stalą torebka o sztywnych uchwytach pomknęła na spotkanie niebezpieczeństwa. Spotkała się jednak z głową atakującego, Zenek z głośnym łomotem padł na chodnik łamiąc kilka betonowych płyt, teściowa przyjęła pozycję obronną, jednak drugi atakujący pomimo pięknego skoku, którego nie powstydziłaby żadna puma, zawisł na małym metalowym płotku. O dziwo skutecznie wyplątała go z tej opresji sama Zoofilia, jednym kopnięciem swego, ciemniejszego niż każda bezksiężycowa noc, glana posyłając niedoszłego czołgistę z powrotem do ogródka. To jednak dało chwilę czasu Zenkowi, szybkim ruchem złapał teściową za nogę i zaczął gryźć tuż ponad glanem. Adrenalina i wszystkie cierpienia których doznał do tej pory ze strony kobiety spowodowały że prawie nie czuł ciosów torebką, którymi bombardowała go drąca się w niebogłosy teściowa. Sytuacja stała się dla niej bowiem bardzo niefortunna, drugi z napastników wybijając się z płotka skoczył na plecy Zoofili i zaczął ja dusić.

Kilka minut później Krzychowi udało się wydobyć poobijanego przyjaciela spod wielkiego cielska nieprzytomnej dręczycielki. Postawił go na nogi i rękawem starł krew z jego twarzy. Stali tak chwilę dysząc ze zmęczenia, jakże jednak miłego i euforycznego zmęczenia. Zenek kopnął jeszcze od niechcenia leżącą, przyjaciel objął go ramieniem, ciepłym, mocnym ramieniem przyjaciela. Odwrócili się i powoli poszli w stronę parku, w którym jest wiele barów i trawa przyjemnie miękka i chłodna, trawa która jest wymarzona dla człowieka który ma zamiar obudzić się na niej rano i sięgnąć po klina.

ungrim

 
(c) 2001, 2002 by coatFreak