Okazujcie dobro - powiedział bÓg


Gdyby ktoś w tę noc z niewiadomych przyczyn zdecydował się na spacer po tej uliczce ciągnącej się pod nakłutym przez miliony gwiazd niebem, między oknami, w których widnieją roześmiane twarze dzieci, błyszczące bombki na choinkach, między domami, z których dochodzą wesołe kolędy i śmiechy. Na przekór wiatrowi wkradającemu się pod sweter, kotłującemu zaległy na chodnikach śnieg i błądzącemu z rozżalonym głosem między wąskimi ścianami. Gdyby ktoś w tę noc z niewiadomych przyczyn skręcił w drugi zaułek po prawej. Tak. Ten, który wszyscy z niemym strachem omijają obawiając się o gwałt i napaść. Ten, obok którego miejscowy lekarz wywrócił się rano niosąc pachnące od nowości zabawki zapakowane w śliczny pakunkowy papier i przewiązane kolorowymi wstążkami - prezenty, o które prosił jego synek. Gdyby jakaś, zbłądzona osoba z niewiadomych przyczyn weszłaby do tej wąskiej uliczki pokrytej walającymi się śmieciami i resztkami kupionego niedawno rowerka, który znudził się rozpuszczonemu bachorowi i nie przestraszyłaby się ohydnym widokiem zmuszona zatkać nos od smrodu zgnilizny, ale poszłaby dalej to zauważyłaby dwa duże kartony. Zapewne pozostałość po najnowszej generacji komputerze kupionym przez bogatego ojczulka, który nie ma, na co wydawać pieniędzy, dla rozwydrzonego syna nieszanującego niczego. Ktoś mógłby uznać, iż owe dwa pudła leżą tu przypadkowo, zapędzone przez los. Lecz nic bardziej błędnego. Czemu? Dlatego że, jeżeliby ta osoba przyjrzała się bliżej zauważyłaby, że w owych kartonach leżą dwie postacie. Przyodziane w szmaty ubrudzone jakimiś gównami, poszarpane rękawiczki, które zbierały z ziemi resztki gnijącego jedzenia spod choinki ustawionej na rynku, pod którą wesołe i szczęśliwe rodziny przychodzą, aby cieszyć się świętami, dziurawe buty na przylepce. Zobaczyłaby w ich dłoni butelką najtańszego wina. Wino te, kupione za wyżebrane rankiem pod kościołem pieniądze stanowi jedyny sposób na uchronienie się przed nieubłaganym zamarznięciem. Gdyby ta osoba z niewiadomych przyczyn zdecydowała się podejść bliżej hamując strach i obrzydzenie to byłaby świadkiem pewnego zajścia:

- Cholerne święta. Cieszą się z nich tylko ci pieprzeni bogaci. A nam, co po nich? Jesteśmy wtedy tylko bardziej zmarznięci i głodni.
- Nie mów tak. Przecież w święta ludzie są lepsi i pomagają sobie. Czasem i Pan Bóg da trochę ze swojej dobroci.
- Dobroci? To niech ten kutas wsadzi sobie tą dobroć w dupę i da mi kawałek chleba. Jak jest taki dobry, taki cudowny i taki wszechmogący to, czemu ja tu zamarzam głodny, czemu moja żona i córka gniją teraz pod ziemią? No, powiedz mi.
- Nie wolno tak mówić. Widocznie Bóg tak zaplanował.
- Zaplanował? A, co on ma do planowania? Niech mi lepiej, do cholery, powie, czemu ja tu jestem, a moja córka i żona nie. Czemu to nie ja siedziałem wtedy w tym samochodzie? Czemu ten Twój bóg zabił czteromiesięczne dziecko? Co ono zrobiło? Jeżeli miał coś do mnie to, jakim prawem zrobił to jej kosztem. Powiedz mi, bo chyba jestem za głupi, aby zrozumieć tego mordercę.

W tym momencie do zaułka doszły dźwięki rozmowy od strony ładnego, przystrojonego w świecące lampki domku jednorodzinnego leżącego po przeciwnej stronie ulicy, z którego dolatywała również cicha kolędowa muzyczka:

- Mamusiu, a po co ten talerz i sztućce?
- Kochanie, to, dlatego, że Pan Bóg nakazał, aby wszyscy ludzie, którzy świętują przygotowali dodatkowy talerz dla biednej osoby, która w ten dzień odwiedzi ich. Niezależnie, jaka ta osoba byłaby.
- Aha. W takim razie, jak taki ktoś biedny dzisiaj przyjdzie to będzie jadł z nami.
- Tak.
- Super!

Zasłyszana rozmowa wprowadziła w wielką irytację jednego z dwóch leżących żebraków:

- Słyszysz, nawet dzieci okłamują zasłaniając się bogiem. Cholerni kłamcy.
- Nie rozumiem? Przecież to bardzo szlachetne z ich strony?
- Szlachetne, powiadasz? To popatrz.

W tym momencie mężczyzna wstał i przysłaniając twarz dłonią, aby śnieg nie zaprószył mu oczu, wyszedł z zaułka, przeszedł przez ulicę, na której leżały cienie ozdób wiszących na choinkach w pobliskich mieszkaniach i stanął na wycieraczce domu, z którego dochodziła przed chwilą rozmowa. Zapukał. Po chwili drzwi się uchyliły, a w nich stanęła kobieta. Ta sama, która tłumaczyła córce zasady dobroci i miłosierdzia na święta. Ubrana w długą, czarną jedwabną suknię, z włosami spiętymi u fryzjera w kok spojrzała na łachmaniarza, na jego zlepione różnymi świństwami owłosienie i rozgniecione psie odchody przyklejone na odziewających go szmatach:

- Przepraszam bardzo. Czy nie nakarmiłaby Pani biedaka w ten świąteczny wieczór, który nie ma gdzie pójść?
- Już mi stąd! Jak nie masz gdzie pójść to idź skocz z mostu i pośpiewaj kolędy z rybkami, a nie zawracaj mi głowy. Już won, bo pójdę po męża.

Drzwi się zamknęły z hukiem. Posrebrzana kołatka zastukała cicho w odzewie na silne uderzenie. Mężczyzna wrócił do zaułka, do swego przyjaciela. Położył się na powrót w kartonie:

- Chyba już rozumiesz? Hej, co jest? Stary, co Ci? Czemu nie oddychasz? Nie udawaj! Wstawaj! Słyszysz, wstawaj!

Gdyby ktoś w tę noc z niewiadomych przyczyn byłby w drugim zaułku po prawej widziałby jakiegoś podrzędnego dziada leżącego na martwym ciele przyjaciela i płaczącego po jego śmierci:

- Pierdolony bogusiu, usłyszałeś kilka słów prawdy i zabiłeś go, żebym się zamknął! Pewnie zaraz jeszcze mnie ukatr...............

TiGeR

 
(c) 2001, 2002 by coatFreak