Zapomniani bohaterowie


- Matka, matka, bierz Aragana! Uciekamy! - do chałupy wpadł zdyszany chłopak.
Wyglądał na najwyżej dwadzieścia lat. Odziany był w proste pasterskie ubranie.
- Saran, co się stało? Mów szybko - starsza kobieta siedząca w koncie izby z małym dzieckiem na kolanach ożywiła się nagle, a na jej twarzy pojawił się wyraz strachu i zdziwienia.
- Matka, ludzie mówią, że orki z lasu nadchodzą. Przedostali się przez oddziały graniczne i idą prosto na nas - powiedział chłopak zadyszanym głosem rozpaczliwie wymachując rękami.
Kobieta szybko porwała się na nogi i trzymając jedną dłonią dziecko, drugą chowała pod pazuchę, co cenniejsze przedmioty. Chłopak wybiegł na podwórze, pędem skierował się do małej zagrody z inwentarzem i począł wyprowadzać zwierzęta. Kobieta wybiegła z chałupy i podeszła do syna.
- Chodź matka! Uciekamy!
W tym momencie z lasu wyłoniła się horda rozjuszonych orków. Szarozielone bestie. Szmaty, łańcuchy, kolczyki, topory. Wszystko to w połączeniu z okropnym wyglądem, zielonymi, połamanymi zębami wystającymi z pyska i przeraźliwymi rykami sprawiło, że banda wyglądała iście z piekieł. Grupa licząca z dwudziestu osobników zbliżała się do osady. Saran wraz z matką, młodszym bratem i kilkoma sztukami inwentarza pośród tłumu innych przerażonych wieśniaków biegł w panicznej ucieczce. Nikt nie patrzył na leżących. Nikt nie zważał na łamanie czaszek, kości, miażdżenie leżących ciał. Co chwila ktoś z krzykiem padał na wznak, lecz po sekundzie głos milknął nagle urwany. Tłum parł dalej taranując wszystko na drodze. Niestety orki się zbliżały. Już było czuć ich odór. Już można było wyczuć ich obecność. W tym momencie no horyzoncie pojawiło się pięciu jeźdźców. Dwóch krasnali (sądząc po wzroście) w błyszczącej zbroi i z toporami w dłoniach. Dwa elfy przyodziane w pancerze niczym nieustępujące w kunszcie krasnoludzkim. Jeden z mieczem, drugi z łukiem. Był także człowiek ubrany jedynie w kapłański habit. W ręku dzierżył długi kij. Przez chwilę stali w miejscu przyglądając się całej sytuacji. Krasnale węszyły, jakby próbowały złapać trop. Twarze wojowników pokrywały blizny świadczące o stoczonych bitwach. Bruzdy na broni wspominały setki kreatur, które skończyły swój los pod ich ostrzem. Lecz do całego towarzystwa nie pasowała postać w habicie. Zdawała się nigdy nie uczestniczyć w walce. W ręku nie trzymała żadnej broni, a jedynie lekko pofalowany, długi kij. Patrząc na niego można było odnieść wrażenie, iż nawet z najsłabszym przeciwnikiem nie miałby szans, ale po chwili ukazała się jego prawdziwa natura, jakże odmienna od powierzchowności. Począł dłońmi rysować w powietrzu jakieś tajemnicze znaki. Nagle między palcami pojawiła się jasnobłękitna kula. W parę chwil później sfera osiągnęła łokieć średnicy. Szybkim ruchem mag pchnął obiekt, który jak błyskawica przeszył powietrze i runął na orki powodując wybuch. Kilka bestii zostało śmiertelnie rannych. Reszta hordy nie zważając na to poczęła jeszcze szybciej biec na ludzi. Na to czterech jeźdźców ruszyło z kopyta wydzierając się wniebogłosy. Rżenie koni głośno zadźwięczało. Pozostał tylko czarodziej. Jeźdźcy krzycząc szarżowali ostro na bestie. Łucznik po wystrzeleniu kilku celnych strzał odrzucił łuk i wyciągnął z pochwy długi miecz. Orki uformowały szyk bojowy i przygotowały się do defensywy. Przeciwnicy się starli. Krew. Wibrujący dźwięki uderzanej stali. Krzyki zawierające w sobie ból, przerażenie, strach. Ciała padające na ziemie. Uchodzące życie. Wojownicy wydostali się ze sfory, lecz teraz już nie było ich czterech. Trzech jedynie przetrwało pierwsze starcie. Gdy spostrzegli ten fakt ich wzrok spadł na martwe ciało krasnala. Zbroja przebita toporem i cała zakrwawiona nieruchomo leżała zakrywając ciało poległego. Orki triumfalnie nastąpiły na krasnala, dobiły wywróconego konia ze złamanymi kończynami i poczęły maltretować głowę martwego. W oczach rycerzy zaiskrzyła się dzika żądza śmierci. Ludzie obserwowali całe to zajście zaprzestawszy biegu. Wojownicy ponownie ruszyli tym razem z większą zaciętością i siłą. Znów oręża się zwarły w śmiertelnym boju. Walka trwała kilkanaście sekund. Rzeź. Krew. Śmierć. W końcu dźwięk wojny ucichł. Ze starcia utrzymali się tylko krasnal, elf i jeden ork. Bestia padła na kolana, zaczęła coś bełkotać, a rękmi wymachiwała w proszącym o litość geście.
- Starczy, Aledornie. Puść go. - wykrzyknął elf.
Krasnal podszedł do przegranego, chwycił go za łeb i przycisnął twarzą do buta. Ork począł lizać zakrwawioną zbroję. W tym momencie krasnal raptownie uniósł topór. Ork zdziwiony dźwignął głowę, a w oczach zabłysnął mu strach. Zwyczajny strach. Lecz ostrze spadło, a głowa opadła bezwładnie oddzielona od korpusu.
- Jesteśmy bezpieczni. - ludzie poczęli wiwatować.
Radości nie podzielali wyzwoliciele. Poczęli wyciągać martwe ciała przyjaciół spod stosu zmarłych orków. Ułożyli nieżyjących obok siebie. W oczach wygranych, w których jeszcze przed chwilą była chęć siania śmierci, teraz był żal i smutek. Zwykłe, łagodne łzy. Kapłan podjechał na swym rumaku. Zszedł z niego i podszedł do poległych. Postał tak chwilę i rozpoczął odprawianie nad nimi modlitwy. Po zakończeniu rzucił jakieś zaklęcie, a ciała zapłonęły i szybko zmieniły się w proch.
- Bądźcie pozdrowieni. Polegliście z honorem. Żegnajcie przyjaciele. - powiedział krasnal, a łzy popłynęły mu po policzkach.
Ludzie radowali się i z uciechą krzyczeli:
- Hura, hura. Orki nie żyją. Wiwat dla rycerzy.
Lecz rycerze z płaczem i tęsknotą po przyjacielach wsiedli na konie i odjechali. Teraz tylko we trzech.
Ludzie po miesiącu powrócili do normalnego życia i zapomnieli o poświęceniu i odwadze zacnych wojowników.

TiGeR

 
(c) 2001, 2002 by coatFreak