Zemsta


Uderzył ja. To był ostatni raz gdy to zrobił. Pierwszy i ostatni. Siedziała przed lustrem i przyglądała się swojej twarzy. Z nosa spokojnie kapała krew padając na glany. Czerń kontrastowała z czerwienią i bladością twarzy. Opuchnięty policzek i rozmazany makijaż. Co ja tu robię - myśli pędzące z szaleńcza szybkością, przelewają się wraz ze łzami. Papieros. Butelka piwa w druga rękę i pozwolić bólowi rozlać się po ciele wraz z alkoholem. Nadchodził pozorny spokój, uśpienie wszelkich koszmarów.
Pukanie do drzwi. Powraca świadomość. Wstaje i powoli idzie otworzyć drzwi. Światło padające z zewnątrz rani jej oczy wbijając się szpilkami w czaszkę. Kac. Weszła spoglądając na nią z mieszaniną współczucia i odrazy. Az. Ubrana w czarne obcisłe jeansy i czerwona koszulkę na ramiączkach. Jej rudawe kręcone włosy wiły się wokół ramion. Podeszła do Kit.
Usadziła ja na krześle. Zniknęła na chwilkę w kuchni. Przyniosła wodę i szmatkę. Odgarnęła niepokorne, posklejane włosy i zaczęła obmywać jej twarz. Wiedziała co się stało. Do tego nie potrzebowały słów. Jej twarz zdobił grymas zacięcia i nienawiści. Jaka ona wtedy była piękna. Delikatnie jej palce zmywały krew. Gładziły sińce. Kit przymknęła oczy i pozwoliła porwać się szalejącemu bólowi i przyjemności dotyku innej osoby. Siedziała tak długo. Az siadła koło niej. Szeptały. Kit mówiła, długo mówiła. Jej monolog odbijał się od ścian. Gdy skończyła Az tylko położyła jej plac na ustach i szepnęła coś do ucha. Po czym lekko, ulotnie ucałowała jej usta - niewinnie.
Stały w ciemnej uliczce. Kit w skórzanych spodniach i czarnej podkoszulce z łańcuchem na szyi. Paliła. Próbowała ukryć swą twarz pod strąkami szarawych włosów. Az oparta o ścianę pozwalając pieścić swe ciało nikłemu światłu latarni. Uśmiechała się paskudnie popijając wino, drogie wino na jego koszt. Szedł. Nieduża postać ze sterczącymi krótkimi włosami. Jego chód obijał się w pustej uliczce. Na twarzy widniało zmęczenie i obojętność.
Kit weszła w snop światła stając mu na drodze. Stanął przyglądając się jej przez chwilkę. Jej wargi rozszerzyły się w lubieżnym uśmiechu pokazując białe równe zęby.
- Witaj... Sam.
- Zejdź mi z oczu.
- Nie ma sprawy - śmiech ... smutny
- Tylko mi za cos zapłacisz.
Odepchnął ją na bok. Zdarzyła tylko dać mu w pysk. Orając jego twarz pazurami. Złapał się za policzek, który właśnie pokrywał się purpurą zemsty. Uderzył mocno. Odrzuciła ją do tyłu w kupę starych pudeł. Az skoczyła z tyłu mu na plecy wyjąc ze wściekłości. Wbiła swoje szpony w jego gardło i uczepiła się nogami. Kit wstała śmiejąc się szaleńczo, krew z wargi i nosa mieszały się. Miała słodki metaliczny smak. Wyjęła kastet. Sam nie zauważył co uderzyło go w brzuch. Po prostu nagle nogi się pod nim ugięły. Zarył twarzą w beton. Az stoczyła się na ziemie z ciężkim westchnieniem uśmiechając się zaczepnie do Kit. Ta zaś wymierzyła mu kilka kopniaków. Patrząc jak bezradnie tarza się w błocie i krwi. Bełkotał coś niezrozumiale. Az podczołgała się do niego i złapała za kark odchylając głowę go tyłu. Kopniecie w krocze. Syk. Ogarnia go szarość i purpura. Rzeczywistość zaczyna odpływać. Stały nad nim przez chwile dysząc. Kit stanęła mu na ręce swym czarnym jak noc butem. Przekręciła nogę. Chrupot łamanych kości. Dziewczyny się roześmiały. Głośno. Długo. Az zaczepianie się popatrzyła na Kit wysuwając lekko język. Poczym zbliżyła się do niej. Nieśmiało, nie narzucając się. Odgarnęła jej włosy i poczęła gładzić jej usta. Zlizując krew. Metaliczny smak. Euforia. Krew pulsuje w żyłach. Usta spotykają się. Najpierw powoli z pewna doza rezerwy i niepewności. Poczym namiętniej. Pomruk bólu sprowadza je do rzeczywistości. Rzucają ostanie spojrzenie śmieciowi na ziemi. Poczym łapiąc się za ręce oddalają w ciemna noc. Tam niedaleko gdzieś jest park. A trawa o tej porze roku jest przyjemnie chłodna i miękka. Przyjemnie drażni naga skórę. Księżyc w pełni oświeca drogę do rozkoszy.

Panthera

 
(c) 2001, 2002 by coatFreak