Zasadzka


Dżungla miejska była niezwykle podobna do tropikalnej. Od kiedy rozpoczęła się pora deszczowa wąwozy ulic ustawicznie zraszał padający z różną zawziętością deszcz. Niebo miało barwę dalekiej buro-szarej wody podobnej do tej płynącej w delcie Mekongu. Deszcz zbierał cały syf, pył i dym wydzielany przez silniki, maszyny i fabryki. Całe miasto lepiło się brudem. Brud oblepiał elewacje budynków i osiadał na karoseriach samochodów. Oblepiał nawet kolorowe neony dzielnicy czerwonych latarni. Brud powodował że cały świat i wszyscy ludzie widzieli się nawzajem jak przez filtr sepii zmieszanej z szarością. Studzienki odpływowe szybko pozatykały się śmieciami i opadłymi liśćmi co blokowało odpływ wody. Zarówno jezdnia jak i chodniki pokryte były kilkumilimetrową warstewką wody. Nie mogące rozwinąć właściwych prędkości samochody tłoczyły się w korkach. Wydarzające się co chwila stłuczki wydatnie wzmagały złość kierowców którzy dawali jej upust co i rusz naciskając klaksony swoich pojazdów. Słońce ostatni raz widziano około miesiąca temu i spodziewano się, że następny raz wyjdzie dopiero na wiosnę. Nic więc dziwnego że ludzi ogarniała depresja i wszechobecna frustracja. Nikt już nie zwracał uwagi na codziennie pojawiające się w gazetach nekrologi samobójców. Cóż w końcu znaczy życie dwudziestu ludzi w kilkumilionowej aglomeracji? W trakcie tej długiej i przypominającej noc polarną pory deszczowej nawet morderstwa zeszły z pierwszych stron. Co nie oznacza że się nie zdarzały. Zdarzały się i to coraz częściej. A zwłaszcza te w afekcie. Kończyły się w ten sposób pijackie burdy, kłótnie małżeńskie i rozstania kochanków.

Żadna z powyższych spraw nie była w stanie odwrócić uwagi Shephatiaha na dłużej niż na mrugnięcie oka od jego głównego zadania. Całe lata ścigał jednego mordercę. Bez względu na to, że często musiał przerywać tropienie odciągany innymi sprawami zlecanymi mu przez jego zwierzchników zawsze powracał do ostatniego śladu i kontynuował polowanie. Podświadomie czuł, że zbliża się do celu. Czuł, że będzie mógł zrekompensować sobie ostatnie niepowodzenie. Na samo wspomnienie upomnienia jakie wtedy otrzymał zacisnął zęby. Najbardziej nie podobało mu się to że nie mógł samodzielnie nadzorować całej zasadzki. Następnym razem nie może popełnić tego samego błędu. Jak zwykle musiał zawieść czynnik ludzki. Chociaż z drugiej strony Shephatiah nie do końca rozumiał jak przeklęty morderca wyślizgnął się z otoczonego budynku. Wszyscy wychodzący zostali dokładnie sprawdzeni, wszystkie pomieszczenie dwukrotnie przeszukane. Musiał coś przeoczyć. A w międzyczasie ginęli kolejni ludzie. Powodowało to coraz silniejsze naciski przełożonych aby czym prędzej zakończył dochodzenie. Takie myśli krążyły po jego głowie, gdy zbliżał się do drzwi oklejonych żółtą taśmą. Nie był to korytarz po jakich ostatnio krążył - śmierdzący, ledwie oświetlony pojedynczą żarówką wiszącą u sufitu, zawalony śmieciami i pustymi butelkami. Ten korytarz był wyłożony mięciutką wykładziną, oświetlony przyjemnym światłem świetlówek i na dodatek prowadziła do niego działająca winda. Morderca zmienił schemat działania. Sięgnął wyżej niż dotychczas. Zdecydowanie powinno to doprowadzić go do ostatecznego upadku. Zabicie stu Johnów Doe w podupadłych motelikach nie mogło równać się z zabójstwem jednego Johshouy Goldberga.

Shephatiah nagiął taśmę do góry i niezgrabnie przecisnął się do środka pokoju. Pilnującemu drzwi funkcjonariuszowi pokazał legitymację FBI. Wiedział że policjanci odczuwali pewnego rodzaju dyskomfort gdy byli zmuszani do współpracy z wiecznie ubranym w długi płaszcz agentem i jego gromadką dziwnych współpracowników. Było mu to bardzo na rękę, gdyż wtedy często wykonywali polecenia bez najmniejszych pytań, byleby jak najbardziej skrócić czas przebywania w jednym pomieszczeniu. Shephatiah rozejrzał się po pracujących w pokoju mężczyznach. Wszyscy jednocześnie oderwali się na sekundę od swojej pracy, tylko po to by w różny sposób okazać niezadowolenie z nieoczekiwanego gościa i by ze zdwojoną energią zabrać się z powrotem do pracy.

Już pierwszy rzut oka wytrawnego agenta wystarczył by potwierdzić tezę o zabójcy. Scena zabójstwa wyglądała tak realistycznie, że nawet legion śledczych nie byłby w stanie odkryć co faktycznie zaszło w pokoju. Niestety oni skupiali się na faktach a nie na wiedzy. Jak zwykle upozorowano włamanie, zaskoczenie włamywacza przez właściciela, przypadkowe morderstwo i na koniec próbę usunięcia śladów za pomocą ognia. Jak zwykle wysiłki agentów zbierających odciski palców pójdą na marne. Jedynie Shephatiah wiedział co tutaj się naprawdę wydarzyło. Egzekucja. Pojedynczy strzał w głowę po chwili rozmowy. Kolejny klocek wielkiej machiny zmieniony w gnijący kawałek nieruchomego mięsa. Część klocków dawała się bez problemów wymienić na inne i o to nikt nie miał nigdy żalu. Wypadki się zdarzają, jak to się mówi a la guerre comme a la guerre. Niestety część klocków stanowiła kluczowe ogniwa kontroli które po usunięciu wprowadzały straszliwy chaos. W takich wypadkach szefowie wyraźnie dawali odczuć swoje niezadowolenie. A Shephatiah jako obrońca był osobą odpowiedzialną. Nie miał najmniejszej ochoty na następne upomnienie. Ani tym bardziej na degradację. Całe wieki trwało wywalczenie obecnej pozycji i nie zamierzał jej stracić tylko dlatego że jakiś przeklęty morderca postanowił wprowadzić w życie swoją wizję sprawiedliwości. Sprawiedliwość istniała tylko jedna. I to Shephatiah był jej przedstawicielem.

Opuścił miejsce zbrodni i wyszedł na deszcz. Jeden z współpracowników podbiegł z otwartym parasolem, drugi służalczo otworzył drzwi czarnego Taurusa. Ruszyli z miejsca wciskając się w sznur samochodów. Shephatiah zamyślił się. Wyciągnął przed siebie prawą dłoń a natychmiast wsadzono mu w nią szklankę schłodzonej wody źródlanej którą zwilżył usta. Tropienie innych morderców było bardzo proste. Wystarczyło znaleźć najmniejszy skrawek wzoru postępowania by móc myśleć z perspektywy mordercy. A potem to była już tylko kwestia czasu i to na dodatek niedługiego.

Przy tym mordercy zwykłe metody postępowania zawiodły. Po pierwsze nie było takiej możliwości by zrozumieć motywy postępowania ani by choć przez ułamek sekundy pomyśleć jednym torem. Było to coś co nie mieściło się w głowie. Całkowite zaprzeczenie sensu istnienia Shephatiaha. Upiornie wykrzywiony negatyw. Dawno temu nawet rozmawiali ze sobą kilkakrotnie. Nie były to rozmowy o czymkolwiek konkretnym co pomogłoby w rozgryzieniu tego drugiego. Nawet sam wygląd rozmył się wraz z upływem czasu. To mógł być ktokolwiek. Co drugi przechodzeń kulący głowę w okowach kołnierza mógł być właśnie poszukiwanym.

I jeszcze ta ostatnia zasadzka. Coś umknęło uwadze policjantów. Niewiadome zbyt często powodowały śmierć, więc lepiej byłoby wyjaśnić wszystko zanim zostanie przeprowadzona kolejna akcja. Jakby przełożeni czytali w myślach tę chwilę wybrali by skontaktować się ze swoim agentem. Krótki telefon szczeknął krótkie polecenie. Zabrać się natychmiast do pracy. I wyznaczona deadline. Dwa dni. Albo... Urwane w pół zdanie połączenie było w stanie bardziej przestraszyć niż konkretna groźba. Zawsze rozmówca wyobrażał sobie jedną z kar której się najbardziej obawiał.

Shephatiah rzucił się w wir pracy. Skoro nie miał czasu na tropienie musiał rzucić przynętę. Zadzwonił do jednego ze swoich podopiecznych - jednego z szefów mafijnego podziemia, Josepha Sayera, zajmującego się dystrybucją narkotyków i kazał mu się stawić na spotkanie. No cóż, w gambicie przeważnie poświęca się pionki, ale jeśli upoluje mordercę, to strata jednej z ważnych figur zostanie mu wybaczona. Był niemal pewien po ostatnim morderstwie, że taka gratka jak Sayer nie zostanie przepuszczona. Miejsce miał już dawno wybrane, pozostało jedynie przetestować pułapkę. Niestety miał to być test bojowy. Shephatiah wierzył że tym razem nie zostanie popełniony żaden błąd. Zbyt pewny siebie morderca tym razem zginie.

Kilka kolejnych telefonów ustawiło na jutrzejszy dzień obławy zarówno FBI jak i DEA. Jedni będą szukać jakiegoś seryjnego mordercy a drudzy przybędą by aresztować Sayera. Pozostaje nadzieja że nie zaczną walczyć między sobą. W tym momencie pozostaną dwie drogi ucieczki: jedną obstawią współpracownicy a drugą osobiście Shephatiah. Miał nadzieję, że to właśnie jemu dostanie się zaszczyt odebrania życia przeklętemu zdrajcy.

Następny dzień przywitał świat ulewą. Rozlokowani współpracownicy stanowili barierę nie do przejścia. Zawsze zostawał choć jeden który był w stanie pociągnąć za spust. Shephatiah skierował swoje kroki w kierunku katedry utrzymanej w stylu gotyku. Był pewien rozumowania mordercy że jest to miejsce przez które jest najmniej prawdopodobne że będzie uciekał.

Katedra była opuszczona, zaledwie kilka świeczek paliło się pod ołtarzami. Gniew zagrzmiał w sercu Shephatiaha. Głupcy będą mieli na co zasłużyli. Spoczął wśród szpaleru rzeźb przedstawiających anioły i bez trudu wtopił się w tło. Pułapka została zastawiona. Pozostało czekanie. Cierpliwość była jedną z cnót Shephatiaha. Pierwszy z sygnałów uradował oczekującego. Sayer został zlikwidowany razem z obstawą. Oznaczało to, że cel połknął haczyk. Kolejne komunikaty świadczyły o wejściu do akcji nagonki. FBI i DEA ruszyły do akcji zaganiając zwierzynę w kozi róg. Próba sforsowania utkanej klatki zakończyła się śmiercią jednego ze współpracowników. Szczwany lis wiedział, że dalsze brnięcie w tym kierunku oznaczałoby śmierć. Wybrał więc inną drogę. Mała furtka w dębowych drzwiach wejściowych cicho skrzypnęła.

Na ustach Shephatiaha wykwitł uśmiech. Zaczekał jeszcze chwilę. Echo szybkich kroków poniosło się główną nawą. Gdy morderca minął zasadzkę myśliwy zeskoczył za nim na ziemię. Szybki obrót i morderca wpakował w korpus agenta kilka kul z półautomatycznego pistoletu. Widząc że nie czyni to najmniejszej szkody celowi zaprzestał. Stanął prosto patrząc w oczy swojemu adwersarzowi. Odezwał się wesoło rozpoznając przeciwnika.

Shephatiah ze swojej strony nie zamierzał trwonić czasu na rozmowy. Odrzucił płaszcz i wyprostował się na całą rozpiętość. Podniósł ku górze miecz tak by ostrze stało się doskonale widoczne na tle dwóch par skrzydeł o lotkach tak białych że aż niemalże błękitnych. Okrzyknął wroga po imieniu.

Horonites na dźwięk swojego imienia skrzywił się lekko. Shephatiaha zastanowiło, że zdrajca nie błagał o litość. Oni przecież zawsze się bali śmierci bo wiedzieli że czeka ich pogrążenie w nicości. Ostrożnie zbliżył się do Horonitesa kierując czubek miecza w kierunku jego gardła. Najwyraźniej piekielny pomiot coś kombinował gdyż nie przestawał się uśmiechać. Shephetiah zaryzykował szybki rzut oka za siebie. W tym momencie nastąpił atak. Stojący za nim drugi upadły anioł właśnie gotował się do przywołania mocy. Shephetiah rozpoznał go. Imię drugiego brzmiało Arad co znaczy smok. W jednej sekundzie jasne stały się wszystkie zagadki. Shephetiah ciągle ścigał jednego mordercę, a ich było dwóch. Gdy policja nie mogła rozpoznać Horonitesa znaczyło to że w danym miejscu akurat był Arad. Tłumaczyło to również spalenie zwłok.

Arad zakończył szybką inkantację i Shephetiah zapłonął żywym, zachłannym ogniem. Szybki cios .45 wytrącił z dłoni anioła miecz który z brzękiem potoczył się po posadzce katedry. Z jękiem dusza anioła wyswobodziła się z okowów martwego ciała i pomknęła w kierunku niebios. Dwa upadłe anioły stanęły nad zwęglonymi zwłokami gratulując sobie kolejnej perfekcyjnie rozegranej zasadzki. Arad podniósł z ziemi lśniący miecz i schował go pod długim płaszczem. Horonites darował sobie trud szukania wśród przepastnych kieszeni swojego ubrania zapalniczki i odpalił wyciągniętego lekko stłamszonego galuaza od jeszcze gdzieniegdzie tlącego się ciała anioła. Na odchodnym jeszcze rzucił do Arada: "Uwielbiam zapach płonącego anioła o poranku."


Jonathan Murphy

 
(c) 2001, 2002 by coatFreak