Śmierć Raha


Śmierć przyszła o świcie. Nie zmącona tą gwałtownością płaczu i jęków zebranych przy konającym, bez walki o jego ciało bezsilne, o jego duszę powracającą do Ojca. Bez dramatycznej mowy dłoni zmarzniętych, zaciśniętych w gniewie pięści, palców bezradnie czepiających się szat i pościeli. Bez wyrywania włosów z głów ogarniętych bólem po stracie tego jedynego, bez szału, jaki jest udziałem tych, którzy płaczą nad sobą.

Nic...
Cisza...
...

Cisza, która wtedy znaczy więcej niż krzyk wibrujący, rozdzierający powietrze i kołujący do utraty tchu, by ponownie uderzyć całą mocą w ten świat, który właśnie stał się tak zły i nieprzyjazny.

A wtedy gaśnie na chwile słońce, jak gasną oczy zmęczone po całonocnym czuwaniu.
A wtedy powietrze jest ciężkie i woda nie gasi pragnienia, sen nie przynosi odpoczynku a ból nie zna ukojenia.
Jeszcze palą się świece, długie i cienkie w lichtarzach, małe kaganki i pochodnie na ścianach, jeszcze nie wnieśli sukna, by zakryć mu twarz, jeszcze czekają, że nagle wstanie z łoża i przytuli ich wszystkich ze śmiechem, jakby sobie robił żarty.
On zaraz też każe sobie podać coś na ząb, bo głodny okrutnie, lekko wyskoczy z łoża i przepędzi wszystkich do jadalni, każąc czekać na siebie jak zwykle "minutkę". Zaraz też wbiegnie panna służebna obmyć go i ubrać w ulubioną błękitną tunikę ze srebrnymi haftami, a potem zaplecie warkocz złocisty w pośpiechu, bo on niecierpliwy już będzie biegł na przód śmiejąc się tym swoim dźwięcznym głosem i krzyknie - "szkoda czasu". Po drodze zasłucha się jeszcze w trele skowronka - orędownika dnia, aż zatonie w porannym słońcu nie pomny, że tam czekają; przymknie zielone oczy oddając się bez reszty rozkoszy.

Ale on nie poruszył się, nawet nie uśmiechnął, gdy promienie słoneczne zaczęły przesączać się przez okiennice, delikatnie osiadając na twarzy i dłoniach, muskając usta i nos i rzęsy.
Brat Jonasz skończywszy modlitwy, po cichu podszedł do wnęki okiennej o rozwarł okiennice, wpuścił świeże powietrze, gdyż zaduch od dymu świec i lamp czynił atmosferę w komnacie jeszcze bardziej nieznośną, po czym zdusił ogień pochodni. Łagodny podmuch wiatru zgasił resztę dopalających się świec i przyniósł chłodne orzeźwienie po dusznej nocy. Zaraz też złociste światło z tańczącymi drobinkami kurzu przeniknęło nawet najciemniejsze zakamarki komnaty i całą czcią otoczyło umarłego.
Jonasz delikatnie trącił śpiącego Rafaela.
- Ten czas należy do ciebie, zwróć jego ciało Ojcu - mówił, cały czas trzymając dłoń na ramieniu przyjaciela.
Rafael wzdrygnął się i w jednej chwili zbladł, a potem spojrzał na Raha, na jego kamienną, białą twarz, zaciśnięte usta, włosy, na których wciąż znać było zakrzepłą krew, ręce wyciągnięte wzdłuż tułowia, zastygłe palce.
- Nie wierzyłem, że może umrzeć...
Wstał z trudem utrzymując równowagę, jak ktoś osłabiony po długiej chorobie, postąpił krok do łoża i ujął w zesztywniałe z przejęcia palce włosy przyjaciela, które tak podobały się kobietom; złociste w świetle dnia a srebrzyste w nocy...
Ale teraz nie było w nich życia, ani odrobiny dawnego blasku, nagle zrobiły się zimne i sztywne, martwe.
Rafael, gdy tylko dopuścił do siebie tę myśl, odruchowo wypuścił z rąk warkocz, jego wzrok gorączkowo biegał po całej postaci zmarłego.
"Nie, nie zmarłego - kołatało mu w głowie - on jeszcze nie umarł, on nigdy nie umrze, on śpi, zaraz obudzi się przecież..."
Ale coś w jego duszy nakazywało mu uznać śmierć Raha.
Odsłonił nakrycie, sam nie wiedząc po co, działał pod wpływem impulsów, niekoniecznie zrozumiałych, cały czas zajmował czymś ręce, ściskał nakrycie, dotykał jego szat. W miejscu splotu słonecznego Raha widniała plama przysychającej w cieple krwi, wcześniej przesączyła się przez bandaże i koszulę, zabrudziła nakrycie i prześcieradło, teraz spokojnie brunatniała.
Gdyby nie ta plama, można by sądzić że Rah śpi zwyczajnie, po prostu śpi, ale żyje. Rafael odszukał po omacku wciąż wpatrzony w to kamienne oblicze, jego dłoń. Pamięta, jak kiedyś Noela widząc Raha powiedziała, że nigdy nie widziała tak doskonałych dłoni; alabastrowych, jakby ożyły pod dłutem mistrza Ianthora, tych pięknych długich palców z delikatną skórą, pod którą znać najdrobniejsze nawet niebieskie ścieżki. A wnętrze dłoni takie ciepłe i miękkie...
Ale teraz dłoń była ciężka i chłodna, z trudem można było zgiąć palce, a paznokcie całkiem posiniały. Dopiero teraz dostrzegł, że na twarzy Raha, tej białej i nieskazitelnej, pojawiły się sine otoczki w miejscu skaleczeń, a pod oczami szare cienie. Usta traciły już resztę karminowej esencji.
Rafael powoli, z szeroko otwartymi oczami w geście niemej rozpaczy zostawił Raha i poszedł do okna. Wychylił się na ramionach, jakby nagle po długo wstrzymywanym oddechu dane mu było zakosztować powietrza.
Brat Jonasz po cichu opuścił komnatę i po kilku minutach rozległ się w korytarzu miarowy odgłos kroków, po czym cicho skrzypnęły drzwi. To dworki przyszły przygotować Raha w ostatnią podróż.
Dwie wniosły misy i dzbany z gorącą wodą, dwie niosły płótna i flakony z olejkami, jedna grzebienie kościane i szczotki z włosia a ostatnia szaty. W ciszy należnej zmarłemu, zgrabnie rozłożyły wszystko na stole i ławach, po czym zawahały się widząc Rafaela w oknie, ale jedna z nich szybko przerwała konsternację i podeszła do niego, dyskretnie dając znak, by opuścił komnatę. Żadnemu mężczyźnie nie wolno uczestniczyć w tym mistycznym obrządku przygotowywania zmarłego do podróży. Książę nie oponował, ale bardzo powoli zmierzał do drzwi, jakby za progiem miał czyhać jakiś straszliwy potwór.
I czekał!
W kamiennym, mrocznym korytarzu, czaił się zimny strach, ten sam, który przeszywa lędźwie dreszczem i paraliżuje ciało aż na czole pojawią się krople potu. Ręce opadają bezwładnie, kładą się wzdłuż ud i za chwile próbują zatrzymać się na kolanach, a potem nagle pod palcami daje się uczuć kamienna płyta posadzki i ciężka głowa znajduje wreszcie oparcie. Już nie trzeba nigdzie iść dalej, już nie ma siły, mętny wzrok błądzi po czarnej ścianie nie mogąc odpocząć, a łzy same spadają z cichym uderzeniem o kamień. Tu czekał ten lęk przed jutrem, gdy jego nie będzie, lek przed dzisiejszym dniem, kiedy zabiorą go i poniosą do wieczności.
Ze wschodu rozlega się dźwięk trąb, teraz całe królestwo pogrąży się w żałobie.
W komnacie dworki w milczeniu złożyły nakrycie z łoża zabrały poduszki i zaczęły już ściągać zakrwawioną koszulę Raha. Starały się nie okazywać poruszenia, ale obmywając jego ranne ciało, ukradkiem ścierały łzy spadające na białą twarz i korpus. Zdjęły bandaże i opatrunki przesiąknięte obficie krwią, przecinały kawałek po kawałku, bez pośpiechu, płótna, aż odsłoniły ten złowrogi ślad śmiertelnego ciosu Zelama. Czerniejąca szczelina od splotu słonecznego pod żebra i podbrzusze obłożona była ziołami i zasmarowana maścią Metyharów, ale i to zdało się na nic, widocznie tak osądził Salif. Skóra na całym brzuchu miała teraz ciemnoczerwony kolor od nieustannych krwotoków, nawet prześcieradło nosiło znamiona zastygłych ciemnych plamek. Kobiety bardzo dokładnie obmyły ciało z posoki i lekarstw, aż znowu stało się posągowo białe, z tym tylko tragicznym znamieniem, które nie pozwala łudzić się, że Rah się obudzi. Obyczaj nakazywał obmycie całego ciała, gdyż nie wolno zmarłym udawać się w Podróż zbrukanym i nagim. Obmywały piękną twarz, ręce, nogi, jedna z panien, pochyliła się i złożyła pocałunek ciepłymi ustami na jego dłoni. Była to Metrien, którą Rah zwykł był nazywać Magnolią. Potem zmyły wyschłą krew oblepiającą włosy, rozplotły warkocz i rozczesały go powoli i dokładnie. Potem namaściły ciało wonnymi olejkami i balsamami, oblekły w szatę śnieżnobiałą z peleryną ze złotogłowiu, na nogi wzuły trzewiki. Gdy już wypełniły wszystkie zalecenia, zapaliły świece u wezgłowia i opuściły komnatę.
Dopiero na dziedzińcu coś w nich pękło, dały upust tłumionej rozpaczy. I nagle zaniosły się płaczem, aż przeraźliwy krzyk odbijał się echem od kamiennych ścian zamkowych, wtulały się w siebie, albo wpadały bezładnie w rzędy kolumn, przyciskając białe czoła do tych niemych świadków łączących niebo z ziemią. Osuwały się bezradnie na kolana w miękki piach i osypywały nim głowy uwolnione z krępujących nakryć, biły ziemię pięściami wznosząc do Othara prośby, by oddał im Raha. Przejmujący płacz kobiet długo jeszcze przenikał cały zamek, już wysłannicy przygotowywali mary, a przy zwłokach czuwał Rafael i brat Jonasz, który właśnie otrzymał ze świątyni całun pogrzebowy.
Po skardze trąb z wieży wschodniej rozległo się z oddali bicie dzwonu, to ze świątyni w dolinie, zgodnie z żałobnym zwyczajem.

W samo południe wynieśli mary na dziedziniec. Brat Jonasz już czekał, a wraz z nim Dwunastu, którzy zamknęli krąg za ciałem.
A on przystrojony w zieleń żywą na skroni i błękit niebiański na ciele umęczonym leżał spokojnie, i zabrał nadzieję na cud.
Kobiety w czerni straszliwej na widok Raha ucichły, lecz niema rozpacz kazała łzom ciężkim upadać na ziemię a ustom błagać Jedynego, by oddał im Raha. Czy Jedyny zrozumie modlitwy? Bo czy ktokolwiek wcześniej tak kochał śmiertelnego?
Jedyny wiedział, co to ból, wiedział co to rozpacz; zasłonił w jednej chwili niebo czarnym całunem, a potem rozdarł mrok błyskawicami. Wiatr rozszalał się nagle, przynosząc zimny powiew północy, lodowaty niczym oddech śmierci.
Nagle, z łoskotem odrzwia bramy rozwarły się, uderzając o mury wewnętrzne.
To Srebrzysty przyszedł pożegnać swego pana. Najszlachetniejszy koń Nortagu parskając z cicha trącił łbem martwe jego ciało. Jak kiedyś, gdy budził śpiącego, każdego dnia, gdy ruszali dalej, w poszukiwaniu coraz piękniejszych krain.
Przytulił pysk do jego twarzy, z nozdrzy buchnęła para. Rah nie otworzył oczu.
Srebrzysty wierzgnął kopytami rozdzierając bezsilnie powietrze, jakby krzyczał, ze nie zgadza się z losem! On chce dalej nosić swego pana ku krańcom świata!
Bracia zgromadzeni przy zwłokach rozstąpili się.
Rah nie otworzył więcej szmaragdowych oczu.


Elf

 
(c) 2001, 2002 by coatFreak