Historia postaci


* * *

- Więc co to za dziecko? - spytała się starsza pani. Miała dość odpychające usposobienie, a na pomarszczonej twarzy wieczny grymas. Wychowankowie domu dziecka nazywali ją po kryjomu czarownicą, co w rzeczywistości niewiele odbiegało od prawdy.
- Znależli go chłopi nad rzeką, wraz z tymi rzeczami - służąca pokazała na zwitek kobiecych ubrań na których leżało niemowle.
- Hmm pewnie jego stara gdy zobaczyła jakiego ma paskudnego syna to utopiła się w rzece - roześmiała się starucha, głosem przypominającym rechotanie żaby. - No nic, więc będziemy mieli na utrzymaniu kolejnego smarkacza. Umyj go, owiń jakimiś szmatami i nakarm krowim mlekiem... I załóż mu dokumenty.
- Dobrze psze pani - służąca dygneła, wzieła niemowlaka na ręke i skierowała się do wyjścia. Tuż przed drzwiami jednak odwróciła się - A jakie imie mam wpisać w papierach?
- Hmmm... Takie paskudne dziecko zasługuje na jakieś specjalne imie... Maszkar? Nie... Wiem, nazwijmy go Harpiel.

* * *

Nazywam się Harpiel. Większość ludzi dziwi moje imię, jednak mi się podoba. Nie wiem czy to prawda, ale podobno moja matka w podczas porodu dała mi to imię... Matka ... Nie pamiętam jej, ojca też nie. Pierwsze moje wspomnienia związane są z domem opieki, do którego zostałem oddany. Jedna z opiekunek mówiła mi, że moi rodzice byli za biedni, aby mnie utrzymać... dlatego trafiłem tutaj. Nie mam im tego za złe. Widocznie tak musiało być.

* * *

- Jutro wielki dzień! Chciałabym, żeby mistrz wziął nas oboje na terminarz. Już sobie wyobrażam, jak zostajemy wielkimi magami. Walczymy w obronie dobra, pomagamy ludziom - ekscytowała się nastoletnia dziewczynka. Obok niej siedział zamyślony chłopak, prawdopodobnie jej rówieśnik.
- Harpiel czemu nic nie mówisz? Nie cieszysz się?? - delikatnie szturchneła go w ramie.
- Cieszę się, ciesze. Tylko... wiesz, że ledwo co składam literki. Czarownica powiedziała, że ci co nie umieją pisać i czytać napewno nie dostaną się do mistrza. Pozatym mistrz wybierze tylko 3 osoby z dwudziestu czterech. Więc niekoniecznie musimy to być my.
- Och, a ty znowu. Uśmiechnij się. Do szczęśliwych świat należy.
- Może masz rację... A jeśli tak to zaraz będziesz się tak śmiała, że nawet dwa światy będą twoje! - zakrzyknął chłopak i zaczął łaskotać swoją przyjaciółke.
- Aaaaa.... Nie przestań... Ahahahaha...Przestań prosze...Ahahaha.
Śmiali się jeszcze długo, żartowali i rozmawiali o wspaniałej czekającej ich przyszłości.

* * *

Nietety los zakpił ze mnie. Julia - moja jedyna przyjaciółka z domu opieki - zachwyciła wielkiego mistrza Kendrigena swoją inteligencją i wrodzonymi zdolnościami czorodziejskimi tak, że została przyjęta na ucznia jako pierwsza. Ja podobno także miałem jakieś zdolności magiczne, jednak najwidoczniej niewystarczające, bo nie dostałem się. Julia płakała, chciała zrezygnować z tego daru losu, jednak w końcu udało mi się ją przekonać, żeby nie poświęcała życia dla mnie. Nazajutrz wylewnie mnie żegnając odjechała wraz z trójką innych wychowanków. Nigdy więcej nie dane mi było jej spotkać. Jednak wiele o niej słyszałem, okazała się bardzo zdolną czrodziejką i szybko zyskała sławę.
W każdym razie, kilka dni po tym jak odjechała z domu opieki, stwierdziłem, że nic już mnie tam nie trzyma. W chłodną, bezchmurną noc przeskoczyłem bramę i ruszyłem do pobliskiego miasta. Byłem jeszcze pełen optymizmu, który szybko zamienił się w przygnębienie, uczucie głodu i zmęczenie.
Mając nadzieje, że gdzie indziej będzie mi się lepiej żyło, zakradłem się na statek stojący w porcie. Zchowałem się w ładowni... i po raz pierwszy od wielu dni najadłem się do syta. Nie ma to jak dobrze zaopatrzony statek...

* * *

- Kapitanie, znaleźliśmy pasażera na gape - rosły w barach mężczyzna przytrzymywał chłopaka za ubranie, tak, że ledwo dotykał on palcami podłogi.
Zamyślony kapitan nie słyszał, że ktoś wszedł do jego kajuty więc zaskoczony, gwałtownie się odwrócił. Przyjrzał się intruzom, by w końcu się odezwać:
- Puść go, bo się jeszcze udusi - zwrócił się do mężczyzny. - Jak masz na imie i co robisz na moim statku? - kapitan odezwał się tym razem do chłopaka.
- Harpiel panie... - pytany zamilkł nie znając lub nie chcąc odpowiadać na drugą część pytania.
- Harpiel... dziwne imię... Więc co robisz na moim statku Harpiel?
- ...
- No dobra. A gdzie mieszkasz Harpielu?
- Nie mam domu psze pana.
- Nie jestem żadnym Panem... zwracaj się do mnie kapitanie... Więc z tego co się domyślam nie miałeś złota na podróż, a bardzo chciałeś sobie popływać... No cóż, jeśli myślisz, że tak darmo popływasz to się mylisz. Chcesz czy nie od tej pory jesteś członkiem załogi, a jako marynarz musisz wiedzieć, że jedną z ważniejszych rzeczy na statku to porządek. Zrozumiałeś?

- Tak... - odpowiedział niepewnie chłopak.
- W takim razie bosmanie zakwateruj gdzieś naszego majtka, a następnie przydziel mu służbowe wiadro i ścierke...

* * *

Po dwunastu dniach rejsu dopłyneliśmy w końcu, do jakiegoś dużego miasta. Pożegnałem się z zaprzyjaźnioną załogą i zszedłem na stały ląd. Kapitan dał mi na porzegnanie kilka monet cobym mógł przeżyć do czasu znalezienia jakiejś roboty. Niestety wieczorem jakiś miły złodziej chcąc ulżyć mym mięśniom, niezauważalnie opróżnił moją sakiewkę.
Zauważyłem to dopiero, gdy chciałem wynająć pokuj. Zamiast w łóżku, tej nocy przespałem się na twardej ławce w parku. Następnego dnia znalazłem jakąś robote, która przynajmniej pozwoliła mi kupić czasem coś do jedzenia. Przez ponad pół roku imałem się różnych prac. Pozwoliło mi to przetrwać zimę. Jak tylko dni zrobiły się cieplejsze ruszyłem w świat szukając lepszego losu. Dla bezpieczeństwa doczepiałem się do różnych podróżujących grup. Jak się okazało w kupie też nie można być bezpiecznym.

* * *

- CHAOS!!! CHAOS!!! - wrzeszczał biegnący człowiek. Za nim galopowało trzech rycerzy w pięknych błyszczących zbrojach. W krótce dopadli uciekającego i odrąbali mu głowe toporem. W grupie podróżników powstało zamieszanie.

* * *

Podczas ataku chaosu część grupy uciekało chcąc uratować życie, inni modlili się do swoich bogów o ratunek, inni jeszcze wyciągali swoje co cenniejsze rzeczy mając nadzieje, że uda im się wykupić życie. Garstka ludzi natomiast wyciągneła broń i staneła do nierównej walki. Ja także byłem wśród nich. Jednak nie dlatego, że mam odwagę tygrysa... wręcz przeciwnie. Poprostu sparaliżował mnie strach. Jeden z moich toważyszy podróży widząc, że stoje jak kołek wcisnął mi miecz do ręki. Co miałem robić? Ruszyłem do boju.
Już z góry walka była przesądzona, jednak mieliśmy nadzieje, że dzieki oporowi część uciekających ocali życie. Jak się później okazało myliliśmy się. Nikt, oprócz mnie nie przeżył tej rzezi. Nikt!
Ja walcząc dostałem cięcie przez plecy. Cios był na tyle silny, że zemdlony padłem na ziemie... Gdy odzyskałem przytomnośc, okazało się, że już dawno po walce, a moi wszyscy toważysze podróży nie żyją. Ja też widocznie byłem brany za zmarłego i dzięki temu przeżyłem. Zataczając się i co pewien czas tracąc przytomność z powodu dużego upływu krwii ruszyłem w poszukiwaniu pomocy.

* * *

Noc. W dali na skraju lasu niewielka chata. Przez okno przebija się delikatne światło, jakby od świecy lub lampki oliwnej. Nagle drzwi się otwierają. Przez próg przestępuje starszy brodaty mężczyzna, stoi chwile na zewnątrz domu, jakby zastanawiając się w którą strone isć. W końcu podchodzi do niedaleko rosnącej jabłonki i staje prawie nieruchomo twarzą do niej. Słychać jak strumień jakiejś cieczy uderza o kore drzewa. Po kilkunastu sekundach ciecz przestaje lecieć.
W ciszy jaka zapadła, od strony lasu słychać cichutkie wołanie o pomoc. Starzec początkowo nie dosłyszał go i skierował się z powrotem do domu, jednak teraz stoi i wsłuchuje się w otaczającą go przestrzeń. Kolejne ciche wołanie o pomoc. Tym razem chyba skuteczne, bo strarzec biegiem kieruje się w stronę skąd dobiegał głos. Po chwili wraca do domu potrzymując na ramieniu jakiegoś człowieka.
Drzwi zamykają się za nimi. Ze środka słychać jeszcze krzyk...
Noc. Ciemno... Nagle na ziemie spada pierwsza kropla deszczu. Po chwili druga i trzecia. Za nimi, widocznie już ośmielone spadają następne...

* * *

Bogowie musieli czuwać nademną, gdyż trafiłem do jedynej żywej istoty w okolicy, która mogła mi pomóc. Gdy poraz kolejny odzyskałem świadomość, dowiedziałem się, że trafiłem do uzdrowiciela... Wyleczył mnie, zaszył ranę na plecach i nakarmił. Spędziłem u niego w domu ponad dwa miesiące, zaprzyjażniając się z moim dobroczyńcą. Hefiasz, bo tak miał na imię, uczył mnie przez ten czas leczenia, zielarstwa itp. Ja coby się odwdzięczyć wykonywałem za niego wszystkie ciężkie prace oraz uczyłem go czytać (mimo, że sam ledwo umiałem). W końcu, gdy lato było w pełni, pożegnawszy się z Hefiaszem, ruszyłem w dalszą drogę i trafiłem do kolejnego miasta...

* * *

- Przepraszam jak się nazywa to miasto? - spytałem jakiegoś przechodnia pod bankiem.
- Witaj. Jesteś w Minoc, ale dziwne, że o tym nie wiesz. Jesteś nowym górnikiem? - spytał się przechodzień.
- Nie wiem kim jestem... - odpowiedziałem ze śmiechem - Właśnie zaczynam nowe życie.
Przechodzień popatrzył na mnie jak na wariata, burknął coś pod nosem i odszedł pośpiesznie.
Ja natomiast poszedłem rozejrzeć się za jakąś robotą. Może nawet zostane górnikiem? Kto to wie. Wiem przynajmniej, że napewno będe starał się nieść dobro... tak jak mieliśmy w planach ... ja i Julia...

aachi

 
(c) 2001, 2002 by coatFreak