Historia postaci

* * *

- Prosze przeć!!! Mocno !!
- Ja już nie mogę, nie mam siły - Krople potu lały sie już z niej ciurkiem.
- AAAaaaaaaaaa!!! - krzyknęła, gdy poraz kolejny tej nocy zmuszona była do nadludzkiego wysiłku.
- Wyszła główka! Prosze nieprzestawać! - facet w białym fartuchu i masce na twarzy drżącym głosem wydawał jej kolejne polecenia.
Wyczerpana kobieta poraz kolejny napięła wszystkie mięśnie. Grymas bólu i zmęczenia wykrzywiał jej 25 letnią twarz.
- Gratuluję to chłopiec - powiedział z uśmiechem lekarz, jednak nie otrzymał rzadnej odpowiedzi. Przeciągły pisk aparatury leżącej obok szpitalnego łóżka nie wróżył niczego dobrego. Szybko oddał dziecko pielęgniarce i wdusił czerwony przycisk obok łóżka.
- Andrenalina dosercowo 10 mililitrów! - krzyknął do stojących w pomieszczeniu ludzi, a sam sięgnął po respirator.

* * *

Urodziłem się 20.VII.1969 w dniu gdy cały świat oglądał lądowawanie na księżycu. Był to także dzień śmierci mojej matki. Dzień, gdy mój zapijaczony ojciec siedział z kumplami w barze i oblewał przyszłe narodziny dziecka. świnia nawet nie wiedziała, że przyszła matka w ciężkim stanie trafiła do szpitala. Nienawidziłem go. Nadal go nienawidze mimo, że od jego śmierci minęło już 30 lat.
Odkąd pamiętam zawsze, gdy przychodził do domu pijany bił i znęcał się nademną psychicznie i fizycznie. A wracał zachlany prawie codziennie. W wieku 9 lat zostałem tak skatowany, że wylądowałem na intensywnej. Cudem wtedy przeżyłem.

* * *

... I nagle przestało mnie cokolwiek boleć. Poczułem się lekki. Ciepło rozlało sie po całym moim ciele. Stałem obok szpitalnego stołu i przyglądałem się jak lekarze starają się przywrócić mnie do życia.
- Witaj mój mały Lukaszku.
- Witaj mamusiu - odpowiedziałem do ładnej 25-letniej dziewczyny, która podeszła do mnie - Tak się ciesze, że cię widzę.
- Ja też się ciesze, ale chciałabym ... chciałabym abyś jeszcze tutaj pozostał - powiedziała ciepło.
- Ale dlaczegoś Ja chce być z tobą.
- Pozostań i pamiętaj, że cię kocham.
- Dobrze mamo, ale obiecaj, że się jeszcze kiedyś zobaczymy.
- Obiecuje - odpowiedziała całując mnie delikatnie w policzek.
- Pik ... pik ... pik - dziwna maszyna znowu zaczęła wydawać z siebie przerywane sygnały. Wraz z tym dzwiękiem powrócił ból. Naszczęście przytłumiła go w króce, pojawiająca się ciemność.
Gdy wyszedłem po 2 miesiącach ze szpitala okazało się, że ojciec dostał 5 lat, a mnie przygarneli dziadkowie. Tak ... wtedy miało się dla mnie w końcu zacząć nowe życie.
Wyjechałem do Northlake City, niewielkiej mieścinki w Arizonie. Dziadkowie mieli wielki biały dom, z żywopłotem, czerwoną skrzynką na listy, ślicznie przystrzyżonym trawnikiem i z tymi wszystkimi bajerami jakie się widzi w serialach familijnych. Zrobiło to wtedy na mnie wrażenie, ale czego się można spodziewać od dziesięciolatka.

* * *

Lubię wspominać ten okres mojego życia. To były chyba najlepsze chwile jakie przeżyłem, wydawało mi się wtedy, że także najbardziej emocjonujące. Wiecie nowa szkoła, nowi znajomi i ... pierwsza miłość.

* * *

- Cześć, jak masz na imięś - ona odezwała się pierwsza.
- Yyyy
- Jesteś tym chłopakiem co się niedawno wprowadziłś
- Ychy
- Coś mało gadatliwy jesteś - zaśmiała się.
- Maria chodś do domu, obiad czeka - z daleka dobiegł głos.
- Dobrze mamo, już lece - odkrzykneła dziewczyna o najpiękniejszych oczach jakie kiedykolwiek widziałem - Musze już iść, zobaczymy się póśniej - powiedziała do mnie. Odwróciła się i pobiegła do domu. Ja stałem jeszcze przez chwile w miejscu i powtarzałem szeptem najśliczniejsze imię, najśliczniejszej dziewczyny.

* * *

Byłem trochę opóśniony w nauce jednak szybko odrobiłem zaległości. Zaczęły się wakacje i wakacyjne szaleństwo. Mimo, że miałem dopiero 10 lat moje uczucie do Marii rozwijało się. Oczywiście nikt o tym nie wiedział. Bo i po coś Jeszcze długo nikt się nie dowiedział.
Czas mijał szybko, zwłaszcza w towarzystwie zaufanych przyjaciół. W krótce szkończyły się wakacje. Zaczął się nowy rok szkolny. Czas płynął, dni mijały. Nawet się nie obejrzałem, a miałem już 15 lat. Wtedy skończyła się idylla.

* * *

- Tato, błagam odłuż broń, proszę cię.
- Te skurwysyny odebrały mi syna, zasługują na śmierć - prawie krzyczał celując w moich dziadków - Ich zasrana córka też mnie chciała przez nich zostawić.
- Tato proszę cię, jesteś pijany. Odłuż broń i porozmawiajmy.
- Tu już nie ma o czym rozmawiać, wszystko jest postanowione. Oni muszą zginąć.

* * *

Gdy rozległ się pierwszy strzał złapałem za mosiężną figurke i niewiele się zastanawiając z całych sił uderzyłem ojca w głowe. Niestety było już za póśno. Postrzelona babcia zmarła w drodze do szpitala. Ojca odprowadzili policjańci. Tej nocy śmierć zabrała także jego. Podobno powiesił się w areszcie.
Dziadek załamał się nerwowo i zmarł rok póśniej. Ja ponieważ byłem nieletni zostałem odesłany do domu dziecka. Tak skończył się najpiękniejszy okres w moim życiu.

* * *

- O patrz, jakiegoś nowego przyprowadzili.
- Nooo, skopiemy goś
- Skopiemy, niech wie od razu kto tu rządzi.

* * *

Pobyt w domu dziecka nie należał do najprzyjemniejszych. Nie będe o nim mówił i tak był nudny. Po trzech latach wyszedłem na wolność. Okazało się, że dziadkowie zostawili mi niezły grosz w spadku. Mogłem go otrzymeć jednak dopiero po osiągnięciu pełnoletności, czyli jeszcze trzy lata.
Udałem się do Northlake City, gdzie wynająłem śliczny pokoik, znalazłem kiepskopłatną pracę i odświerzyłem znajomości. Znowu spotykałem się ze starą paczką. Jednak to już nie było to samo. Wydaje mi się, że byłem za bardzo dojrzały. Za to z Marią spędziłem piękne chwile. Wyznałem jej miłość. Ona też się przyzała, do głębokiego uczucia do mnie. Nasz pierwszy raz...
Dzięki niej znowu stałem się normalnym człowiekiem. Poszedłem do szkoły, dobrej szkoły. Zakupiłem za majątek komputer. Pamiętam to jak dziś: śliczny Commodore 64, ze stacją dyskietek i monochromatycznym monitorem. Zafascynowałem się możliwościami jakie ze sobą niosła ta maszynka. Mogłem stworzyć na niej wszystko, byłem jak bóg. Po roku przestałem grać w gry których sam nie napisałem. Jednak nadal najwięcej czasu poświęcałem mojej dziewczynie.

* * *

- Cześć misiaczku idziemyś - długowłosa piękność zagadała do mnie wchodząc przez okno do pokoju.
- O cześć kochanie (Cmok). Fajnie, że już jesteś, ale pozwól dokończyć mi ten program. Zajmie mi to naprawde króciutko.
- Nie Luki nie będziesz siedział z maszyną jak ja tu jestem.
- Ale kochanie ... - delikatny uśmiech wykwitł na mojej twarzy. Nie wróżył raczej szybkiego odejścia sprzed monitora.
- Luke odejdś natychmiast od komputera !!!- w jej głosie było słychać gniew.
- Jeszcze minutke najdroższa. Okś
- Sam tego chciałeś - z przebiegłym uśmiechem spojrzała się na mnie i powoli zaczęła rozpinać bluzkę - tak cię wymęcze, że nie siądziesz do niego przez tydzień.
Wiedziałem, że mówi poważnie i że przez najbliższy tydzień z własnej woli nie siąde do komputerka. Ech te dziewczyny. :)

* * *

Miłość to piękne uczucie, a ja nadal byłem zakochany w Marii po uszy. Gdy stuknął mi 21 roczek życia oświadczyłem się jej. Dałem jej pierścionek, przyklęknowszy na kolanie, ociekający cały wodą (mówiła, że nie wskoczę w środku zimy do fontanny i myliła się). Zaręczyny zostały przyjęte, a ja dostałem po głowie za to, że mogę się przeziębić.
Otrzymałem też w końcu kasę ze spadku, dzieki czemu żyło mi sie całkiem nieśle. Chodziłem teraz na studia. Nie uczyłem się najlepiej, ale dzięki moim umiejętnościom informatycznym przepychali mnie jakoś do następnego semestru.
Skończyłem naukę i otrzymałem dyplom. W krótce miałem się ożenić z Marią. Tak też się stało. Wyjechaliśmy do Nowego Yorku, gdyż otrzymałem tam ciekawą i dobrze płatną pracę w firmie komputerowej. Urodziła mi się śliczna córeczka. Wybraliśmy jej imię - Elizabeth. Kasy miałem w brud, dobrą pracę, kochaną żonę i śliczną córeczke. Nic mi nie było więcej potrzebne do szczęścia. Wiedziałem jednak nauczony już życiem, że ta idylla nie może trwać wiecznie. Miałem rację.

* * *

- Tak Misiaczku, skończe jeszcze tylko pewną sprawę i wracam do domu. Kupić coś po drodześ ... Ok, będe pamietał ... Ja też cię kocham ... Hahaha, wiem ... Pa ... Pa.
Spojrzałem przez okno. Już od kilku godziń było ciemno i widok był wspaniały. Te wszystkie wierzowce manhatanu, oświetlone i błyszczące.
- Olewam, wracam do domu - pomyślałem - nie chce mi już się tu siedzieć, a sprawa też nie jest aż tak pilna.
Wziąłem płaszcz z wieszaka i wyszedłem na korytarz. O tej porze pewnie już nikogo nie ma. Wsiadłem do windy i wcisnołem parter. W krótce byłem już na zewnątrz budynku. Podszedłem do samochodu. Jedynego samochodu na parkingu. Pik .. Pik. Odezwał się wyłanczany alarm. Otworzyłem drzwi ...
- Nie ruszaj się skur... !!! - celował do mnie jakiś skin z pistoletu. Innych trzech już tu biegło.
- Dawaj kluczyki i portfel !! - wrzeszczał ten z pistoletem - Nieruszaj się !! - zakrzyknął gdy sięgnołem pod płaszcz, aby wziąść portfel. Dwóch już podbiegło do mnie i złapali mnie od tyłu tak cobym niemógł się szarpać. Trzeci podszedł i zaczął mnie przeszukiwać. Zabrał wszystko co znalazł : komórke, portfel, zegarek, obrączke, dokumenty i kluczyki. Gdy skończyło się przeszukiwanie zaczeło się kopanie. Po paru minutach im się znudziło, wsiedli do samochodu i odjechali. Ja próbowałem wstać, chyba nie miałem nic połamanego. Obmacałem się dokładnie. Tak miałem farta skończyło się na kilku siniakach.
- Muszę iść na policje - zaświtało mi w głowie. Ruszyłem więc przed siebie w poszukiwaniu posterunku. Ludzi było niewielu na ulicy. Omijali mnie szerokim łukiem. Pewnie nie wyglądałem na kogoś godnego zaufania.
- Czemu tych zasranych gliniaży nie ma, gdy są potrzebni - pomyślałem i skręciłem w kolejną, tym razem troszke ciemniejszą uliczkę. To był mój błąd. Zresztą ostatni w życiu.
- Część. Miło, że wpadłeś. Właśnie robiłem się głodny.
Obejrzałem się w strone z której dochodził głos jednak nikogo tam nie było.
- No nie bój się, będzie cholernie bolało, ale przecież kiedyś przestanie - cichy głos przemówił znowu.
- Jezu ja świruje - pomyślałem rozglądając się na wszystkie strony. Nikogo nie widziałem.
Nagle poczułem czyjś oddech na szyi. Odskoczyłem i odwróciłem się. Stał tam blady, z wyszczerzonymi kłami i długimi szponami. Jego twarz była jakaś zwierzęca.
- Jezu kim ty do cholery jesteśś - zapytałem drżącym głosem.
- Jaś Nikim wyjątkowym. Jestem śmiercią ... twoją śmiercią - powiedział z uśmiechem.
- Ja nie chcę umierać.
- Oj nikt nie chce, ale przecież każdy z nas kiedyś umrze - powiedział spokojnym tonem.
- Ja nie mogę teraz umrzeć. Mam żonę, dziecko, jestem jeszcze młody - do moich oczu napłyneły łzy.
- Nie, nie ... przestań, nie mogę patrzeć jak kobieta płacze - zarechotał z własnego kawału.
Gdy się śmiał podniosłem jakiegoś pręta który przez przypadek leżał obok mojej nogi.
- Może i zginę, ale jeśli mi się uda to zabiorę cię ze sobą - powiedziałem twardo wierząc we włase słowa.
Spojrzał na mnie i zniknął. Tak zniknął. Ogłupiały stałem w miejscu.
Jego zęby bez problemy weszły w moją szyje. Poczułem straszne gorąco i obrzydliwą fizyczną przyjemność. Starałem się wyrwać, ale jakaś dziwna siła obezwładniła mnie. Wiedziałem, że ten potwór pije właśnie moją krew.
Pomyślałem o Marii, że zostanie sama, o czóreczce która będzie musiała wychowywać się bez ojca. Te myśli dodały mi sił. Pałką którą trzymałem w ręce walnąłem z całej siły w jego głowe. Odskoczył zdziwiony. Puścił mnie. Teraz bez nikogo kto mógłby mnie podtrzymywać poczułem jak nogi uginają się podemną. Zwaliłem się na ziemie. Z tętnicy szyjnej cały czas leciała mi krew.
- Dlaczego chcesz żyćś Przecież ziemia jest piekłem. Dlaczego się broniszś - spytał.
- Ja ... musze ... - wycharczyłem z trudem. Robiło mi się coraz zimniej. W krótce stracę przytomność.
- Mogę dać ci życie, ale to będzie najgorsze piekło jakiego nigdy nie zaznałeś. Będesz potworem. Stracisz wszystko co miałeś do tej pory : miłość, pieniądze, władze. NIE BĘDZIESZ JUŻ CZŁOWIEKIEM!. Będziesz przeklęty jak my wszyscy.
- Chcę ... żyć - odpowiedziałem.
- Dobrze, będziesz żył wiecznie. Jeśli twoja miłość jest tak wielka, że powstrzymuje śmierć to ... żal mi ciebie. Przepraszam cię za to co ci teraz zrobię.
Przez mgłe spojrzałem na niego. Przegryzł sobie nadgarstek i skierował strumień krwi na moje usta.

* * *

Tak stałem się wampirem. Było to 5.I.1997. Nigdy nie zapomne tej daty. Nigdy. Pamiętam, że gdy odzyskałem przytomność po tzw. przemianie, poczułem straszny głód. Nigdy jeszcze nie czułem tak silnego pragnienia. Niewiedziałem wtedy jeszcze, co się ze mną stało i czym mogę ukoić głód.
Mojego oprawcy nigdzie nie było, a ja dziękowałem bogu, że przeżyłem. Byłem zamroczony,a świat wydawał mi się zupełnie innhy niż do tej pory. Wytłumaczyłem to sobie zbyt dużym upływem krwi. Wstałem i ruszyłem przed siebie. Nie wiem gdzie szedłem, nogi niosły mnie jakoś same.
Idąc tak w oddali zobaczyłem jakiegoś człowieka idącego w moją stronę. Sam nie wiem dlaczego, ale też skierowałem się w jego stronę. Gdy był pare kroków przedemną rzuciłem się na niego, rozerwałem zębami tętnice szyjną i poczołem spijać krew. To było to czego potrzebowałem. Nagle uświadomiłem sobie, że właśnie zabiłem człowieka. ZABIŁEM INNEGO CZŁOWIEKA!!.
Uciekłem z tamtąd z krwawymi łzami w oczach. Nie wiedziałem co robić. Bląkałem się ulicami nie wiedząc co z sobą począć, aż zastał mnie świt. Zawładnął mną paniczny strach. Musiałem się gdzieś schować przed słońcem. Wlazłem w studzienke ściekową, znalazłem kawałek suchego miejsca i zasnąłem.
Gdy się obudziłem była już noc. Postanowiłem, że pójde do domu. Może tam znajdę jakieś rozwiązanie. Pozatym Maria pewnie już umierała z niepewności co się ze mną stało.
Gdy ją zobaczyłem płakała. Córka już spała więc mnie nie widziała. Maria nie spostrzegła mnie odrazu. Odezwałem się pierwszy. Opowiedziałem jej co mi się przytrafiło. Pominąłem jednak morderstwo i to, że piłem krew.
Wykompałem się i ubrałem w czyste rzeczy. Gdy skończyłem przyszła do mnie i przytuliła się. Ja znowu poczułem głód.

* * *

- Czemu tak dziwnie na mnie patrzyszś - spytała.
- Jezu to niemożliwe, tak nie może być - przestraszony mówiłem sam do siebie.
- Co się stałoś Luke co się dzieje śś!!! - pytała się coraz bardziej zaniepokojona.
- Posłuchaj mnie. Nie wiem kim teraz jestem, ale przezemnie może stać ci się krzywda. Boje się. Boje się, że coś ci zrobie. - mówiłem szybko.
- Nie wierze. ty niemógłbyś mnie skrzywdzić. Powiedz mi co się dziejeś Błagam!
- Nie wiem co się dzieje !!! - niepotrzebnie wybuchłem - coś się ze mną stało tamtej nocy!! . Nie panuje już nad sobą. Musze wyjść!
- Nie puszcze cię! Boję się, że coś sobie zrobisz. - w jej oczach pojawiły się łzy.
- Mario posłuchaj! Musze natychmiast stąd wyjść.
- Nie !!!
- ZABIŁEM CZŁOWIEKA! WCZORAJ W NOCY ZABIŁEM NIEWINNEGO CZŁOWIEKA!! PODGRYZŁEM MU GARDŁO I PIŁEM JEGO KREW!!! TERAZ BOJE SIĘ, ŻE MOGĘ CIEBIE TEŻ SKRZYWDZIĆ!! MUSZE WYJśĆ !!!
Patrzyła na mnie przerażona.
- Luki nie mów tak błagam. Ja cię kocham. - cichutko mówiła przez łzy.
- Ja ciebie też kocham i dlatego obiecaj, że nie będziesz mnie szukała. Musze wyjechać z tąd jak najdalej. Już nigdy się nie zobaczymy - poczułem wilgoć w oczach.
- Tatoś To tyś - do pokoju weszła Elżbietka.
Gdy mnie zobaczyła to podbiegła do mnie i przytuliła.
- Tato ty krwawisz - powiedziała gdy zobaczyła moje łzy.
- Zaopiekuj się nią. W banku są wszystkie moje oszczędności. Konto nr 285036, pin 83qnt4 - szybko zapisałem informację szminką na lusterku - Na pewien czas powinno ci wystarczyć.
- Nie wierze - łkała Maria.
- Kocham was obie, ale już musze iść.
- Nie!! Zatrzymaj się! - złapała mnie za ramie.
Nie wiedziałem jak to się stało, ale gdy się odwróciłem by ją odepchnąć, z moich palców wystawały długie szpony. Prawie nie mogłem opanować już głodu. Z ust wystawały mi kły.
- Błagam cię Mario! Ja już nie mogę wytrzymać! - krzyknąłem.
- Boże !!- przerażona wpatrywała się we mnie. Z łazienki dobiegł mnie płacz córki.
- Zapomnij o mnie! Wymaż mnie z pamięci! Teraz jestem potworem i nie panuje nad sobą!

* * *

Wybiegłem z mieszkania pozostawiając otwarte drzwi. Biegłem po schodach najszybciej jak potrafiłem. Bałem się, że wróce i je skrzywdze. Nim wybiegłem z budynku znów wyglądałem normalnie. Głód też jakby troche zelżał. Ja nie zastanawiając się nawet dokąt biegłęm jednak cały czas. Zatrzymało mnie nagłe szarpnięcie za ramie. Ktoś mnie zatrzymał. Spojrzałem w tamtą stronę. To był ON! Ten sam co przemienił mnie w tą obrzydliwą bestię. Rzuciłem się na niego z wściekłością. On szybko mnie obezwładnił. Gdy się uspokoiłem wytłumaczył mi kim jestem. Powiedział mi, że możemy sie odrzywiać także krwią zwierząt. Tej nocy spiłem jakiegoś bezdomnego psa i dwa szczury. Pozwoliło mi to zaspokoić pragnienie. Przynajmniej na razie.
Nie wiem dlaczego, ale zostałem z Erykiem (tak miał na imię wampir który mnie przemienił), ciągnęła mnie do niego jakaś dziwna więś. Zaprowadził mnie do siebie i obaj poszliśmy spać.

* * *

Następnej nocy dużo mi opowiadał i tłumaczył. Kazał nauczyć się na pamięć 6 tradycji. Opowiedział troche o Camarylli i Sabacie. Pokazał jak się korzysta z nowych zdolności jakich nabyłem.
Powiedział też, że tutaj nie jesteśmy bezpieczni i musimy wyjechać do innego miasta, jednak przygotowania potrwają jeszcze tydzień. Przez ten czas musiał mnie zostawić samemu sobie.
Nocą chodziłem w miejsce, gdzie mieszkałem i spoglądałem w okno. Mam nadzieje, że jakoś się im ułoży. Najgorsze było to, że ja je nadal kochałem.
Pare razy zastanawiałem się nad samobójstwem, ale jakoś nie miałem odwagi. Pozatym cholernie bałem sie co przyniosą przyszłe dni. Narazie powstrzymywałem się od picia ludzkiej krwi.

09-02-2002
aachi

 
(c) 2001, 2002 by coatFreak